/ii29049-1935-07_08-0001.pdf

			K R A K O W
1 9 3 5
T r e ś ć  z e s z y t u :
Str.
Ś. p. Józef Jankow sk i — w spom nien ie p o ś m i e r t n e .................................................* *
Ciało a s tra ln e  w parapsycholog.fi — Józef Ś w i tk o w s k i ..........................................227
Dziwy Indy j — K. C h o d k i e w ic z .................................................................................... 232
W stęp w św ia ty  nadzm ysłow e — J. A. S. ........................................................240
O sugestji m yślow ej (c. d.) — Dr. Ju lja n  O c h o ro w ic z ..........................................254
H arm on je  p rzestrzen i — Leon D e n i s ............................  ...................................262
Tajem nice sz lachetnych  kam ien i — M. F l o r k o w a .................................................267
Św iadom ość atom u  (c. d.) — A. B a i l e y ............................................................................ 272
Chirozofja — M. W i k t o r ........................................................................................................ 276
W y d a w n i c t w a  z a p o w i e d z i a n e :
M yślokszta lty  — C. W. L e a d b e a t e r ............................................................................ 280
Dusza i jej m echan izm  — A. A. B a i l e y ........................................................ 281
Sam oleczenie się — S tefan  K o w a l s k i ............................................................... 282
P r z e g l ą d  b i b l i o g r a f i c z n y :
Jak o  osobny dodatek : E w o l u c j a  L u d z k o ś c i  — K. Chodkiew icza
(C. d. o A tlantydzie).
K om un ika ty  R e d a k c j i  i Administrac ji .
By u ła tw ić  naszym  Czytelnikom  n o rm a lny  odbiór Lotosu w okresie le tn im , 
w k tó rym  to z powodu w y jazdu  n a  w akacje  i urlopy, w iele num erów  nie docho­
dziło do w łaściw ych  rąk , względnie ginęło w drodze, zdecydow aliśm y w ydać nin. 
n u m er jako  n u m e r podw ójny — na  lipiec i sie rp ień . P onad to  w ydanie podw ójne­
go n u m eru  zapew ni także  redakcji paro tygodniow y, zasłużony  odpoczynek.
Aż do dn ia  6 lipca lis ty  i zam ów ienia Szan. Czytelników  będą za ła tw iane  
odw rotnie. N atom ias t po tym  dn iu  prosim y  o cierpliw ość i w yrozum iałość, o ileby 
n a  odpowiedź d łużej było trzeba czekać. — D latego też prosim y w szystk ie prze­
w idziane sp raw y  za ła tw ić  przed dn iem  6-go lipca.
N astępny  n u m er Lotosu ukaże się w p ierw szych  dn iach  w rześnia.
. Zapow iedziany swego czasu Zielnik je s t p rzygotow any do d ruku , jednakże 
ilość zgłoszonych odbiorców  je s t jeszcze zby t m ała , by móc p rzystąp ić  do jego 
w ydan ia . W szystk ie nasze w ydaw nic tw a liczym y po cenie kosztów  w łasnych , bez 
jak iegokolw iek  zarobku , d la tego  też m usim y  m ieć m in im um  300 zapew nionych 
odbiorców, aby pokryć kosz ta  d ruku . W  obecnych tru d n y ch  czasach  ostrożność 
je s t podstaw ą egzystencji P ism a. Tern n iem n ie j jednak  będziem y się s ta ra li, jeżeli 
już nie cały, to bodaj I część w ydać za raz  po w akacjach .
WARUNKI PRENUMERATY:
B e z  d o d a t k u :  rocznie 10.— zł w Ameryce półn. — 3 dolary
półrocznie 5.50 „
k w arta ln ie  3.— „
miesięcznie 1.— „
z d o d a t k i e m :  (wychodzi każdy  m iesiąc 1 arkusz , tj. 16 str.)
rocznie 15.— zł w Ameryce półn. — 4 dolary
półrocznie 8.— „
k w arta ln ie  4.25 „
miesięcznie 1.45 „
Konto P. K. O. 409.940.
(W ażne są  rów nież s ta re  b lank ie ty  W. D. na Nr. P. K. O. 304.961.)
I I j  MIESIĘCZNIK POŚWIĘCONA ROZWOJOWI
I ' -  ■! I KULTURZE ŻYCIA WEWNĘTRZNEGO
L D ' ,  i , TI I 1 I ! I  I P R Z E G L Ą D  M E T A P S Y C H I C Z N Y
Organ T ow arzystw a  P a rap sy ch ic zn eg o  im . J u l j a n a  O c h o r o w i c z a  we Lwow i e
Rocznik II L IPIEC-SIERPIEŃ  1935 Zeszyt 7, 8
„Porwać ogień strzeżony, 
zanieść w ojczyste strony 
to c e l . .
St. Wyspiański
ś .fp .
Józef Jankowski
Śmierć jest tak zwykłem  zjaw iskiem  w  świecie, tak nieuniknioną  
koniecznością każdego z nas, że w inna spełniać swe zadanie wśród nie­
zmąconego spokoju, n ie szarpiąc sercami tych, którzy chwilowo zostali 
jeszcze „po tej stronie“... A przecież tak trudno czasem  nakazać sobie 
spokój, tak trudno nie odwrócić głowy, by jeszcze ostatniem  spojrzeniem, 
pełnem  żalu i  łez, nie spocząć na drogim Cieniu, który odchodzi w Za­
światy...
W dniu 13 maja b. r. zmarł w  Warszawie poeta, literat, filozof Józef 
Jankowski. Pracowite, pełne dogłębnych dociekań filozoficzno-religijnych  
życie, zamknąć można w  nieproporcjonalnie krótkim  szkicu, który znaczy 
raczej pewne etapy pracy i myśli, niż streszcza to n iezwykle cenne 
i wartościowe życie..
Józef Jankowski urodził się w  1865 r. w  Szczucinie pod Łomżą. Po 
skończeniu tamtejszego gimnazjum  udał się na uniwersytet do Warsza­
wy i w stąpił tu na wydział filozoficzny. Po ukończeniu wyższych stu ­
diów, zajmował się przez długie lata  filozof ją h induską (Wedanta) i okul­
tyzmem, czyli naukam i tajemnemi, głównie Kabbałą, badając je teore­
tycznie i historycznie. Odznaczony tytu łem  Doktora Nauk Hermetycz­
nych przez Szkołę de Hautes Etudes w  Paryżu za pracę łacińską o Piku  
Miranduli (Heptaplus, moda schematis ad oculos demonstrata i t. d.) 
Autor w ielu  prac z tej dziedziny, wydawanych w  książkach lub um ie­
szczanych w  odpowiednich czasopismach (Magja piękności, Eugenja czyli 
o dobrem zrodzeniu się wewnętrznem  kobiety, Nowości Okultyzmu; Cykl 
tłumaczony Bibljoteki Hermetycznej, wydawany w  osobnych tomach;
dłuższa praca o Wedancie, wyczerpująca rozprawa o Kabale hebrajskiej 
i Sufizm ie — drukowane w  naszym  m iesięczniku w  ub. roku; w iele bro­
szur z różnych gałęzi okultyzmu i m istycyzmu) — Tłumacz kilkunastu  
dzieł Sedira z zakresu m istyki chrześcijańskiej; Tao, czyli Droga Niebios, 
czyli Doktryna Najwyższego Rozumu (Laotse i  Jego Nauka); Fabre 
d'Oliveta: Stan społeczny człowieka (Budowa metafizyczna człowieka); 
Psalmów  Dawidowych; P ieśn i ofiarnych (Gitandżali) Rabindranath-Tago- 
rego; Anioła Ślązaka „Pątnik Anielski“; Listów św. Katarzyny Sieneń­
skiej; Złotych W ierszy Pytagorasa, z komentarzami streszczonemi Hiero- 
klesa i Fabre d'Oliveta i w iele innych.
Od 40-go roku życia oddał się filozofji mesjanicznej Hoene-Wrońskie­
go, którego 12 podstawowych dzieł przetłumaczył, a pośród nich tak 
kapitalne jak: Prodrom, Metapolityka, List do Papieży i  t. d., i t. d. — 
Był współtwórcą i  przez 13 lat prezesem  Instytutu  Mesjanicznego w War­
szawie, ośrodka krzew ienia filozofji absolutnej; był istotnie ostoją du­
chową tej instytucji.
N iesłusznie przez Encyklopedię m ianowany m istykiem . Jest raczej 
Mesjanistą w  duchu wysokim  Hoene-Wrońskiego, t. j. w dążności do ro­
zumowego spełnienia religji, do złączenia religji i filozofji.
Poezje Józefa Jankowskiego owiane duchem mesjanicznym, pełne 
głębokich refleksyj, są niezrównanym  przewodnikiem  po górnych szla­
kach dumań nad Prawdą i Odwiecznym Celem ludzkości...
Pod koniec życia ,przykuty do łoża boleści, odchodząc niejako od życia 
zewnętrznego, w  sobie i w łasnej duszy odczuwał już ten głęboki nurt ży­
cia, który dotąd pulsował w jego rozlicznych pracach, drukowanych  
w kraju i zagranicą.
Uchodząc coraz głębiej w życie samotne, pełne spokoju niemal mni­
szego, w ielki ten duch z m istycznym  spokojem  i pogodą filozofa kierował 
swą strudzoną łódź ku brzaskom Wieczności.
Odszedł cicho, niemal nie zauważony przez tych, wśród których uczy­
n ił wyrwę ogromną, trudną do zapełnienia, bo trudno będzie dziś o Czło­
wieka, któryby, jak On, um iał służyć ofiarnie i gorąco, zapominając 
zupełnie o Sobie, o swych ambicjach i osobistych celach, a skierowując 
wszystk ie swe w ysiłk i i  cały bogaty plon duszy i serca dla Ludzkości, 
która nie zawsze um ie zrozumieć i ocenić swych Przewodników. Nie 
żądał tego W ielki Zmarły, żył według najwyższych nakazów etyki i m iło­
ści chrześcijańskiej i odszedł pogodnie ku w ieczystym  brzaskom swej 
dalekiej, ukochanej Ojczyzny.
Cześć — nie Jego pam ięci — alf cześć Jemu Samemu, żyjącemu  
wśród nas nadal.
226
J. Świtkowski (Lwów)
Ciało astralne w parapsycholog]'i
Podobnie ja k  w każdej innej nauce ścisłej, tak  i w parapsychologji 
obowiązuje zasada, aby n i e  p o m n a ż a ć  liczby hipotez ponad nie­
zbędną potrzebę. Jedną z takich hipotez, p rzy ję tą  ju ż  powszechnie przez 
badaczy parapsychicznych, je s t hipoteza ciała e t e r y c z n e g o , 1) jako  
organizm u niewidzialnego wprawdzie, ale zw iązanego ściśle z organizm em  
fizycznym i posiadającego  wyraźnie określone właściwości.
Ten organizm  niewidzialny buduje organizm y fizyczne isto t żywych 
według pewnego, dla każdej isto ty  innego, planu, pow oduje w zrost ich 
i rozwój do pewnej granicy, mieści w sobie pamięć indywiduum i pamięć 
gatunku, je s t zbiornikiem  przyzw yczajeń i autom atyzm ów , a w dalszem 
następstwie charakterem  indywiduów i gatunków . Ze stanow iska fiz jo log ji 
zatem ciało eteryczne rządzi funkcjam i wegetatywnem i, ze stanow iska 
psychologji zaś funkcjam i podświadomości i instynktu.
Istnieniem ciała eterycznego zatem  można w yjaśnić funkcje r o ś l i n -  
n e, ale nie funkcje animalne, ani funkcje umysłowe świadome. W p a ra ­
psychologji można niem —  choćby tylko jako  hipotezą — wyjaśnić znaczną 
część zjaw isk obserwowanych i eksperym entalnie wywoływanych; ale p o ­
zostaje jeszcze wiele takich zjaw isk, k tó re  z właściwościami ciała e terycz­
nego pogodzić się nie dadzą.
Ogrom ny m aterja l obserw acyjny i doświadczalny, jak im  dziś rozpo­
rządzamy, wskazuje, że w zjaw iskach g ra  rolę co najm niej jeden  z t r z e c h  
c z y n n i k ó w :  fizyczny, uczuciowy i myślowy. Odpowiada to  trzem  w iel­
kim grupom , na k tó re dzielimy zjaw iska parapsychiczne, a to : 1. ruchy 
przedmiotów, zm iana ich ciężaru lub tem peratury , apo rty  i t. p. (objaw y 
fizyczne), 2. m aterja lizacje  zjaw , kom unikaty  ich, transfigu racje  m edjum  
(objawy uczuciowe) i 3. jasnow idzenie w przestrzeni i w czasie, telep a t ja , 
psychometr]a, ekstaza i t. p. (objaw y intelektualne).
O tóż tylko zjaw iska g rupy  pierwszej i części g rupy  drugiej podpa­
dają  pod hipotezę ciała eterycznego; inne zaś w ym agają nowej hipotezy 
roboczej, a nawet dwu takich, różniących się od siebie, hipotez. Jedną 
z nich byłaby hipoteza pew nego odrębnego organizm u p s y c h i c z n e g o ,  
drugą zaś hipoteza — również odrębnego — organizm u i n t e l e k t u a l ­
n e g o .
l )  Zobacz w „Lotosie“ nr. 1 n a  str. 6: „Ciało eteryczne w parap sycho log ii“. 
(Przyp. red.)
15 * 227
Taki organizm  psychiczny ma w okultyzm ie nazwę c i a ł a  a s t r a l ­
n e g o  lub a s t r o s o m u ,  co w przekładzie dosłownym oznaczałoby 
„ciało gw iezdne“ . Nie idzie tu  oczywiście o jak ieś „ciało“ , zbudowane z tej 
samej substancji, z k tó re j sk ładają  się gwiazdy, lecz poprostu  o zazna­
czenie, że ten organizm  psychiczny je s t zbudow any z czego i n n e g o ,  
niż ciało fizyczne i eteryczne. Ten inny m aterja ł budowlany sprawia, że 
i funkcje ciała astra lnego  są odm ienne od funkcyj ciała fizycznego 
i eterycznego.
Ciało astra lne zatem  nie m a nic w spólnego z odżywianiem się lub 
wzrostem  ciała fizycznego, z krążeniem  krwi, oddychaniem , trawieniem, 
ani też z instynktem , pamięcią, nawyczkami i innemi funkcjam i ciała e te­
rycznego, jakko lw iek  silne zaburzenia ciała astra lnego  m ogą reflekto- 
rycznie powodować zaburzenia w ciele eterycznem , a poprzez to  ciało 
odbijać się na ciele fizycznem.*)
Funkcjam i ciała astra lnego  są wrażenia, odbierane p o z a  p o ś r e d ­
n i c t w e m  zmysłów f i z y c z n y c h ,  a więc w rażenia sym patji i anty- 
patji, pożądania, afek ty  wszelkiego rodzaju  i uczucia, ja k  miłość, n iena­
wiść, pycha, pokora , gniew, oburzenie, sm utek, radość, odwaga, strach, 
uwielbienie, pogarda, skąpstwo, ofiarność i t. p. Rzecz prosta, że uczucia 
te  m ogą się budzić w ciele astralnem  także za pośrednictwem  wrażeń zmy­
słowych: po usłyszeniu słów obelżywych wpadam y w gniew, na widok 
żebraka czujem y litość, p rzestrasza nas niewytłum aczony szm er w ciem­
nym poko ju  i t .  d.; ale m ogą się budzić również bez pośrednictw a wrażeń 
zmysłowych.
W ystarczy, gdy  w y o b r a z i m y  sobie żywo jakąś  rzecz, k tó re j p o ­
siadanie byłoby nam miłe, a już budzi się w nas pożądanie te j rzeczy. P rzed ­
stawiwszy sobie, że nas k toś dotkliw ie obraził, wpadniemy w gniew, cho­
ciaż tego  kogoś niema w pobliżu i wcale nie zam ierza nas obrażać. 
W siadłszy do w agonu i wyobraziwszy sobie żywo możliwość katastrofy  
ko le jow ej, możemy przerazić się do tego  stopnia, że wysiądziemy i zanie­
chamy podróży. Przypom niawszy sobie przeżytą dawno stra tę  drogiej 
osoby, wpadniemy na nowo w żal i smutek.
Jest tak  d latego , że wyobraźnia je s t również funkcją ciała astralnego. 
W yobraźnia ta  może być już to  t w ó r c z a ,  ja k  u artystów  w każdej dzie­
dzinie sztuki i techniki, ju ż to  b e z c e l o w a  (wyobrażenie katastro fy  g ro ­
żącej), ju ż to  d e s t r u k c y j n a ,  jako  kłam stw o i oszustwo. Okres zm y­
ślania i kłam stw a u  dzieci po jaw ia się m iędzy siódmym a czternastym  rokiem  
życia, gdyż w tym  czasie odbywa się rozwój ich ciała astralnego. Narazie
*) T ak  np. w ielka  radość „zap iera dech w  p ie rs iach“, zaw stydzenie w yw ołuje 
rum ien iec  n a  tw arzy , sm u tek  odbiera ape ty t, gniew  dusi za gard ło  i zaciska 
pięści, zgryzota h am u je  funkcje  w ątroby , p rze s trach  para liżu je  m ięśn ie i t. d.
229
kłamią dla sam ego kłam stw a; później dla uchronienia się od przykrych 
następstw  swych postępków .
Istnienie ciała astra lnego  objaw ia się zatem  sym patjam i, nastro jam i, 
afektam i, żądzam i i wyobraźnią. Cały ten  obszerny dział zjaw isk parap sy ­
chicznych, w k tó rych  g ra ją  rolę czynniki w łaśnie wymienione, nie dałby się 
wyjaśnić hipotezą ciała eterycznego, gdyż takie w yjaśnienie natrafiałoby  
na s p r z e c z n o ś ć .  D laczego np. m edjum  narażałoby  się na cierpienia, 
spowodowane wyłanianiem  teleplazm y i na niebezpieczeństwa, związane 
z tern dla zdrowia, gdyby tak iego  wyłaniania nie pożądało  jego  ciało 
astralne, pośw ięcając tem u pożądaniu naruszenie równow agi swego ciała 
eterycznego? D laczego m edjum  m iałoby produkow aniem  zjaw  gwałcić n a­
turalną skłonność swego ciała eterycznego do układania swoich cząsteczek 
nie w inną formę, lecz we form ę organizm u m edjum ?
Otóż m edjum  po trafi zdziałać to  wszystko ty lko  pod  warunkiem , że 
w swem ciele astralnem  wzbudzi dostatecznie żywe pragnienie, aby objaw  
się udał. To potężne pożądanie, w spom agane również żywem wyobrażeniem  
objawu, k tó ry  ma nastąpić, b i e r z e  g ó r ę  nad naturalną skłonnością 
ciała eterycznego do utrzym ywania cząstek organizm u fizycznego we fo r ­
mie właściwej medjum , wysuwa te cząsteczki poza organizm  i układa z nich 
inne formy, właśnie tern wyobrażeniem  pożądane (ektoplazm a bezkształtna, 
lub zjaw y postaci ludzkich).
Zamiast ciała astra lnego  m edjum  m ogą tu  być również czynne ciała 
astralne i n n y c h  i s t o t  (zjawy zm arłych), k tó re  z ciała m edjum  fo r ­
m ują sobie chwilowo postacie dla innych widzialne; przyczyną objaw u je s t 
wówczas nie uczucie m edjum , lecz uczucie owych pojaw iających  się istot. 
Także potężne uczucia istot, nie posiadających już  organizm u fizycznego, 
bywają powodem  zjaw isk, obserwowanych w t. z w. „dom ach naw iedza­
nych“.*)
H ipoteza ciała astra lnego  rzuca również św iatło na przyczyny pewnej 
nieobliczalności i kapryśności objaw ów  m edjalnych, co stw ierdzają wszyscy 
badacze, a n iektórzy naw et ok reśla ją  je  jako  podstępne i zwodnicze. Ta 
kapryśność i skłonność do m istyfikacji może mieć źródło  już to  w samem 
medjum, jużto  w uczestnikach seansów, już to  wreszcie w istotach, pow o­
dujących objawy, a zależy od p ragn ień  i nastro jów , opanow ujących w da­
nej chwili ciała astralne obecnych.
Wpływ uczestników seansu na przebieg i jakość objawów  mało je s t 
zbadany dotychczas, a to  w łaśnie d latego , że nie p rzy ję to  jeszcze powszech­
nie hipotezy ciała astra lnego , k tó raby  ten  wpływ zdołała oświetlić odpo ­
*) W tak ich  w ypadkach  nie je s t w arunk iem  koniecznym  obecność jak iegoś 
medjum, gdyż p ragn ien ie  n iezw ykle żywe zdoła oddziałać n a  m a te rję  fizyczną, 
powodując ru chy  przedm iotów  a  n aw e t ukazyw an ie  się zjaw  w idzialnych.
229
wiednio. Gdy pom iędzy przygodnie zebranym i uczestnikami a m edjum  
niema zdecydowanej sym patji, gdy naw et pom iędzy samymi uczestnikam i 
znajdą się jak ieś —  choćby ukry te  —  anty  pat je , w tedy te przeciwne sobie 
prądy  astralne ścierają  się i ham ują objaw y. To samo bywa, gdy ż y c z ę -  
n i a różnych uczestników  są rozbieżne m iędzy sobą lub niezgodne z p ra g ­
nieniami m edjum ; to  samo również, gdy ciała astralne obecnych m iotane 
są różnymi, przeciwnymi sobie, afektam i.
Każdy niemal badacz zaobserwow ał, ja k  wybitnie wpływa na objawy 
nastaw ienie psychiczne sam ego m edjum , nastró j lub uczucie, panujące 
w jego  duszy przed zaczęciem seansu. Po uśpieniu m edjum  nastró j jego  
p o t ę g u j e  s i ę  z taką  siłą, że nadaje  objawow m  kierunek przez ekspe­
rym entatorów  niepożądany, a przynajm niej przez nich nieprzewidywany. 
Gdy m edjum  je s t sm utne lub przygnębione, objaw y pow stają  powoli, o p o r­
nie, w długich odstępach czasu, byw ają nikłe lub żadne. M edjum  zdener­
wowane lub rozgniew ane p rodukuje  objaw y burzliwe, brutalne, najczęściej 
w prost p rzykre dla uczestników.
Podobnie każdy badacz zauważył odm ienność p s y c h i k i  t r a n s  o- 
w e j m edjum  od jego  psychiki na jaw ie. M edjum  w transie bywa naiwne, 
nielogiczne, kapryśne, czulostkowe; do obecnych mówi „ ty “, a o swojem 
ciele fizycznem mówi „on“ (lub „ona“), uw ażając je  za coś odrębnego od 
siebie. Czasem znów  naodw rót swe ciało astralne uważa m edjum  za i s t o t ę  
o b c ą ,  za swego „ducha opiekuńczego“, k tó rego  prosi o pomoc w o b ja ­
wach i nadaje  mu różne nazwy (np. „Katie King“ u medjum , obserw ow a­
nego  przez prof. C rookes'a, „ John  King“ u m edjum  Palladino, „Mała 
Stasia u m edjum  Tom czykówny).*) Pozatem  wszyscy badacze zgodnie 
uża la ją  się na to, że „in teligen tna przyczyna“, pow odująca objaw y, zacho­
w uje się nieraz bardzo kapryśnie: ju ż to  z poważnem  zainteresowaniem , 
ju ż to  dziecinnie i naiwnie, ju ż to  znowu drwiąco, ju ż to  w prost z chęcią 
zwodzenia obecnych i wyprow adzania ich w pole, ju ż to  wreszcie złośliwie 
i dokuczliwie.
„M ała S tasia“, osobowość transow a m edjum  Tomczykówny, zachowuje 
się rzeczywiście ja k  m ała dziewczynka: siada na podłodze, bawi się różnymi 
przedm iotam i, wyraża się stylem  k ilkuletn iego dziecka, a gdy wreszcie da 
się podstępam i nakłonić do eksperym entów , np. do telekinezji, w tedy pieści 
przedm iot podany, m agnetyzuje go  palcam i, przem awia doń czule ja k  do 
istoty żywej i prosi go, aby się poruszył. M edjum  Staś podobnież zachowuje
*) Najczęściej tłu m aczą  to psychologow ie s c h i z o f r e n j ą  (rozszczepie­
niem  osobowości) u  m ed jum ; w iększość objaw ów  jednak  w skazuje, że ja k a ś  od­
rębna  istność b ierze w  chw ilowe po siadan ie  ciało a s tra ln e  m edjum , lub  naw et 
jego ciało fizyczne.
230
się w transie, jakgdyby  miał la t kilkanaście: ju ż to  boi się „Zosi“ (swego 
ducha opiekuńczego), ju ż to  mówi, że on sam  je s t „Zosią“, ju ż to  prosi ją , 
aby mu pom ogła w objaw ach; do obecnych zw raca się kapryśnie, p rzeko ­
m arza się z nimi i na p rośby  o objaw y mówi z uporem  dziecięcym: „nie 
chcę, nie chcę“, aby wkońcu zaskoczyć ich niespodziewanym objawem .
To charakterystyczne zachowywanie się m edjów  ma wybitne podo ­
bieństwo do zachowywania się ludzi zamroczonych w pewnym stopniu 
a l k o h o l e m ,  kiedy objaw ia się „naga dusza“, ja k  trafn ie  to  ok reśla ją  
Rosjanie. Owa naga dusza je s t w łaśnie ciałem astralnem , oswobodzonem  — 
pod wpływem transu lub alkoholu  —  od kon tro li rozsądku i pamięci. O dsła­
nia się w tedy cala uczuciowa s trona  człow ieka: jeg o  popędy i pożądania, 
troskliw ie ukrywane w stanie trzeźwości, jego  lekkom yślna szczerość, 
skłonność do naiwnych zabaw, ale także do psot, k łó tn i i bó jek .
D rugą ważną analog ją  do stanów  transow ych są stany świadomości 
p o d c z a s  s n u  człowieka. Jeżeli słusznie m łodsi psychologow ie podają  
w wątpliwość wartość leczniczą p s y c h o a n a l i z y  Freuda, to  jednak  
wiekopomną jego  zasługą dla nauki je s t to , że swą m etodą dał badaczom  
możność studjow ania objaw ów  psychicznych w m arzeniach sennych czło­
wieka. We śnie również „naga dusza“ wym yka się z pod kon tro li rozsądku 
(„sitko cenzuralne“ Freuda) i żyje w łasnem  życiem, naiwnem, fantastycz- 
nem, kapryśnem , ze swoistą logiką i swoistą m oralnością, różniącą się 
zazwyczaj bardzo znacznie od logiki i m oralności na jaw ie.
Tak więc psychologja, psychoanaliza i parapsycholog  ja  podają  sobie 
ręce, aby wspólnie — chociaż różnem i m etodam i badań —  studjow ać tę 
część isto ty  ludzkiej, k tó ra  od wieków nosi nazwę „ciała as tra ln ego“ . Każda 
z tych nauk dorzuca ze swej strony  nowe szczegóły do bogatego  m aterja lu  
obserw acyjnego i eksperym entalnego, k tó ry  dotychczas nagromadziły. 
Jeżeli można stosować wnioskowanie „per analogiam “, to  podobnie jak  
hipoteza ciała eterycznego była ty lko uznaniem  faktów , znanych już 
oddawna t. zw. „wiedzy ta jem ne j“, tak  samo i p rzyjęcie hipotezy ciała 
astra lnego  będzie znowu ty lko uznaniem  czegoś, co we wiedzy ta jem nej 
je s t jednem  z po jęć podstawowych te j wiedzy.
Innemi słowami: wobec postępów  nowoczesnych nauki ścisłej dawna 
wiedza tajemna  traci coraz bardziej swą rzekom ą nierealność i fantastycz- 
ność, a okazuje się nauką — operu jącą  wprawdzie może innemi m etodam i 
— ale w wynikach równie w artościową dla wzbogacenia dorobku wiedzy 
ludzkiej.
23/
K. Chodkiewicz (Lwów)
Dziwy Indyj
W e wrażeniach z podróży polskiego podróżnika P. Walentynowicza po 
Indiach holenderskich, znajdujemy kilka ustępów bardzo ciekawych z punktu 
widzenia parapsychologicznego i okultystycznego i w artoby się zająć roz­
biorem i wyjaśnieniem tych epizodów z tego właśnie punktu widzenia. Suchy 
i obiektywny ton opowiadania każe nam wierzyć, że autor ściśle przedstawia 
rzecz jak ją osobiście w idział czy słyszał, nie zapuszcza się bowiem w  żadne 
dalsze dociekania a podaje tylko zauważone fakta. W ybrałem  z w rażeń autora 
3 takie epizody i oglądniemy je razem z okultystycznego punktu widzenia. 
Uważam, że odważniej będzie zajrzeć prawdzie w oczy, jakąkolwiekby ona 
była i starać się wyjaśnić te fakta, niż postępować jak struś, chowając głowę 
w  piasek — co z całą satysfakcją robi w  stosunku do zagadnień okultystycz­
nych jeszcze dość duży procent mężów nauki.
* *
*
Opisuje nam autor, że na wyspach holenderskich panuje skomplikowany 
ustrój polityczny. Jest tam  szereg sułtanów, którzy pozornie sprawują swe 
rządy samodzielnie, mając jedynie doradcę w  osobie holenderskiego urzędnika. 
Dwór takiego w ładcy jest trudno dostępny dla zwykłego śmiertelnika i tylko 
osoby z miejscowego high-life‘u dostępują zaszczytu asystowania od czasu 
do czasu na uroczystych przyjęciach, odprawianych z prawdziwie wschodnim 
przepychem i pompą. Otóż w  czasie podróży po Sumatrze znajomi autora, 
państwo Baud, byli podejmowani przez miejscowego kacyka, i od nich to 
uzyskał autor opis epizodu, o którym  będzie mowa.
Gwoli uświetnienia wieczoru urządził kacyk tańce, które miały charakter 
sakralny i by ły  wykonywane przez dorosłych mężczyzn. Przygotowania do 
popisów choreograficznych trw ały  3 dni, a nie polegały one na ćwiczeniach 
przy  drążku lub przed lustrem, lecz jedynie na modlitwie, ofiarach i poście. 
Taniec odbył się wieczorem przy świetle pochodni i ognisk, miał charakter 
bohaterski i przedstaw iał jakąś opowieść religijną. Nadzy do pasa, w  barwnych 
spódnicach, w  niesamowitych hełmach na głowie, z łukami i mieczami 
w  rękach — tancerze tańczą długo, ilustrując gestami perypetje bogów i boha­
terów . W  pewnym momencie, trzym ając oburącz ostry miecz, zaczynają się 
nim ranić na czole, krew  spływ a po tw arzy  i zalewa im piersi. Nieczuli na 
ból tańczą dalej, siekając się w  dalszym ciągu. Muzyka zmienia rytm. Odrzu­
ciwszy na bok miecze, sztywnym  tanecznym krokiem zbliżają się do ognisk 
i rękami wyciągają z nich rozpalone do białości żelazne łańcuchy. Ciągle 
w tak t muzyki krótkiemi ruchami, owijają niemi swe nagie torsy. C z u ć  
s w ą d  s p a l e n i z n y  i unosi się błękitnawy dymek przypiekanego ciała. 
Taniec trw a jeszcze jakiś czas. Łańcuchy stygną, bledną, są już koloru okrw a­
wionych tw arzy  i piersi. Jeszcze tylko kilka zw rotów , kilkanaście po sobie 
następujących póz i taniec skończony. Łańcuchy opadają na ziemię a tancerze 
odchodzą na bok. Służba obciera ich ze krw i a oni, siedząc z p o d w i n i e -  
t e m i  n o g a m i ,  nieruchomieją na pewien czas, mając głowy nisko opu­
252
szczone na piersi. Na uwagę zrobioną sułtanowi, że jednak musieli się mocno 
pokaleczyć i oparzyć, kosooki, w yorderow any i wybrylantow any w ładca 
z uśmiechem pobłażania każe ich przywołać przed swoje oblicze. Stają w  sze­
regu: na ciałach ich niema ani blizn, ani najlżejszych śladów okaleczeń 
i oparzelizny.
Tyle opis. W ybrałem  ten epizod z tego względu, że już szereg podróż­
ników w  relacjach swych podróży cytował te w łaśnie malajskie tańce boha­
terskie jako cud nie do wyjaśnienia. W eźmy więc najpierw  hipotezę masowej 
sugestji. Nie może ona tu wchodzić w  rachubę, bo widzowie nie byli poinfor­
mowani co będą widzieć, a myślowe narzucenie tak długiego epizodu osobom 
nieznanym, z któremi się dotąd nie stało w  hipnotycznym czy telepatycznym 
kontakcie, byłoby cudem, grubo przekraczającym  zasięg znanych zdolności 
hipnotycznych najtęższych hipnotyzerów. Musimy szukać innego tłumaczenia. 
Mamy tu następujące fakty: 1. nieczułość na ból, 2. odporność na ogień, 
3. regenerowanie zniszczonych tkanek. Co do punktu pierwszego, to sprawa 
jest jasna. Długi ruch obrotowy przy tańcu jest obok innych środkiem w pra­
wiania się w  stan transu medjumicznego. Przypomnijmy sobie tańczących 
derwiszów w Stambule. Monotonny ton i jednostajny ruch obrotowy w pra­
wia tańczącego w trans medjumiczny i w  transie tym  następuje znieczulenie 
tkanek skóry i w arstw  ciała pod nią leżących, tak, że tańczący mogli się 
bezkarnie ranić mieczami. Nie było tu mowy o dobieraniu partyj między- 
mięśniowych, pozbawionych nerwów, jak to robią fakirzy, przekłuwając 
sobie np. rękę długiemi szpilkami. Można to zrobić i bez transu i nie czuć 
bólu, co udowodnił znany pisarz i „pogromca" fakirów P. Heuze. W  cytow a­
nym jednak wypadku rozcinana była w prost skóra, w ięc bez katalepsji skóry 
tancerze musieliby ból odczuwać. Fakta takiego znieczulania się na ból przez 
medja w  transie były  już wielokrotnie z całą naukową ścisłością stwierdzone, 
nie będziemy się więc już dalej tym  punktem zajmować.
A teraz punkt drugi, odporność na ogień. Opowiada autor, że tancerze 
opasywali się rozpalonemi do białości łańcuchami a czuło się tylko lekki swąd 
spalenizny i widziało niebieski dymek. Świadczy to, że skóra była odporna 
na ogień a osmalił się tylko naskórek i to  w ysm arow any tłuszczami, jakich 
używają do konserwacji skóry tubylcy malajscy. S tąd też opisywany dymek. 
Czy jest ta  rzecz w  praktyce możliwa?
Otóż owa odporność na ogień i zranienia jest w  parapsychologii dawno 
znana i ma za sobą już ogromną fachową literaturę.
Do najciekawszych i bardzo gruntownych prac w  tej dziedzinie należy 
książka Oliviera Leroy p. t.: „Les hommes salamandres, Recherches et refle­
xions sur l'incombustibilite du corps hutnain“.1) S tw ierdza w  niej autor, że 
we wszystkich krajach i wszystkich czasach istnieli ludzie dziwnie odporni 
na działanie ognia. W ybiera autor ze znanych faktów tylko te, które ze 
względu na dokładność opisu, jak i ze względu na au torytet świadków, czynią 
zadość wymaganiom naukowej krytyki.
Odpornym na ogień był Giovanni Buoną, założyciel zakonu św. Augustyna 
(zmarł w  r. 1245), k tóry  jednego dnia, by  umocnić w iarę swych zakonników, 
przeszedł się bez szkody po żarzących się węglach ogniska. Takich samych 
cudów dokazywał św. Franciszek ä Paulo i św. Katarzyna Sieńska. Ze średnio­
*) Recenzję książk i znajdzie czy te ln ik  w K urjerze  M etapsychicznym  16/1934.
233
wiecza przytacza autor szereg wypadków „sądów Bożych“, w  których ta 
odporność na ogień została urzędownie stwierdzoną. Medja, jakiemi były 
średniowieczne czarownice, były poddawane próbie ognia, z której niejedno­
krotnie wychodziły zwycięsko. Swoją drogą próby te były dowcipnie skon­
struowane: okazała się czarownica odporną na ogień — została skazana 
na śmierć jako czarownica, jeśli zaś nie w ytrzym ała próby ognia — ginęła 
zwyczajnie z poparzenia. To samo zresztą było i z próbą wody. W piątym 
rozdziale książki omawia autor zagadkowe ceremonje czarowania ognia i cho­
dzenia po żarzących się węglach ogromnego ogniska, które to ceremonje do 
dziś dnia praktykow ane są w  Indjach, a spotkać się z niemi można według 
relacji podróżników także u różnych dzikich wzgl. półdzikich szczepów. Próby 
te są w  Indjach sprawdzianem osiągnięcia przez uczniów pewnego stopnia 
niższego wtajemniczenia ezoterycznego, a podobne próby znamy we wszyst­
kich wtajemniczeniach starożytności.
To samo spotykamy i u medjów dzisiejszych. Sławne medjum Home w yj­
mował rękami rozpalone węgle z pieca i kładł je sobie na głowie, a co cie­
kawsze, mógł na chwilę i inne osoby ze swego otoczenia uodpornić na dzia­
łanie ognia. Świadkiem tego był sławny uczony William Crookes, którego 
chyba nie można podejrzewać o brak ścisłości w obserwacji. Takie same 
„salamandrowe“ właściwości miało medjum Marja Sonnet, którą z tego po­
wodu zwano „Salamandrą“. Nie należy do tego działu parapsychologii zali­
czać pokazów zawodowych połykaczy ognia, bo ci smarują sobie przed 
popisem jamę ustną odpowiednim neutralizującym płynem, który przez parę 
sekund chroni jamę ustną przed oparzeniem, a resztę robi odpowiedni oddech 
w ypychający płomień nazewnątrz. Nie radzę jednak tego próbować bez odpo­
wiedniego przygotowania. Ale takie uodpornianie skóry  jest możliwe i poza 
transem  medjumicznym. Byłem raz osobiście świadkiem następującego popisu: 
W  Grudziądzu w  jednej kawiarni popisywał się przejezdny fakir. Nie było 
przy  tych popisach żadnych specjalnych przygotowań, nastroju grozy, deko- 
racyj i t. d., a rzecz odbywała się całkiem po „domowemu“ przy stoliku 
i czarnej kawie. Tło hipnozy czy sugestji masowej było wyłączone, bo w i­
działy to i osoby, które w c z a s i e  produkcji w eszły  świeżo do kawiarni 
i nie miały pojęcia o co właściw ie chodzi, ja zaś, zajmując się oddawna tą 
stroną okultyzmu, specjalnie ostrożnie badałem  poszczególne objawy, produ­
kowane przez fakira. Między innymi fakir ów, mały i chudy człow ieczek 
rozstawił składaną drewnianą drabinkę bez szczebli. W  miejscach gdzie były 
szczeble, znajdowały się głębokie rowki. W  rowki te w łożył 9 szabel, ostrzami 
do góry, po 4 z każdej strony a jedną na samej górze. Siedziało nas obok 
kilku oficerów, ludzi trzeźwych i umiejących krytycznie oceniać widziane 
fakta. Próbowaliśmy pokolei ostrości tych szabel, były  ostre jak brzytwa 
i bez trudności przecinały skraw ek papieru. I w  naszych oczach niepozorny 
człowiek wstąpił bosemi nogami (nie omieszkaliśmy spróbować palcem, czy 
nienałożył czego na bose stopy) na ostrza szabel i przemaszerował przez całą 
drabinę, zatrzymując się nawet dłuższą chwilę na najwyższym  zaimprowizo­
wanym szczeblu i inie podpierając się zupełnie rękami. Dech nam trochę 
zaparło podczas tej próby, bo spodziewaliśmy się, że lada chwila krew tryśnie 
mu z nóg strumieniem. Po zejściu z ostatniej szabli pokazał nam fakir swe 
stopy — było na nich widać tylko silne zaczerwienienie w  miejscach, w  któ­
rych szable dotykały skóry. Jeden z moich kolegów wyraził się, że musi tu
254
zachodzić jakieś sprytne oszustwo. Fakir domyślił się widać tego z w yrazu 
jego twarzy, wziął 2 butelki, zbił je w  naszych oczach na drobne kawałki, 
zesunął odłamki szkła na kupkę na podłodze, wylazł na sąsiedni stolik i z całej 
siły skoczył bosemi nogami na tę kupkę szkła, aż kawałki rozleciały się 
naokoło. Po  tym  skoku okazał nam zupełnie nienaruszoną skórę stóp!
Mamy tu do czynienia z wybitnym  objawem działania woli na strukturę 
fizyczną ciała. Objaw ten znany jest w  sugestji, medjumiźmie i fakiryźmie. 
Jeśli sugestjoner nalepi komuś na rękę znaczek pocztowy i wmówi w  niego, 
że jest to rozpalona blacha — następuje f a k t y c z n e  zaczerwienienie skóry 
tak jak od oparzenia. Obraz m yślowy oddziaływa na ciała niższe, a wreszcie 
i na ciało fizyczne, powodując zmianę układu tkanek jak od rzeczywistego 
oparzenia. M y ś l  z m i e n i a  t u  s t r u k t u r ę  m a t e r j i .  Najsilniej w y ­
stępuje ten objaw w  medjumiźmie, gdzie medjum rozbija materję, rozpyla ją 
w atomy, materjalizuje ją zpowrotem, formuje swe ciało w nowe kształty  
(medjumizm inkarnacyjny), słowem w łada tą m aterją w  sposób nam dotych­
czas niezrozumiały. W  słabszym  stopniu występują te objawy w  świadomym 
fakiryźmie. Fakir tern się różni od medjum, że produkuje identyczne objawy 
(tylko nie w  identycznem natężeniu), ale bez wpadania w  trans, przy pełnej 
świadomości i to w łaśnie robił ów fakir, chodzący bosemi nogami po ostrzach 
szabel. W  cytowanym epizodzie tancerze, którzy posiadali zdolności medjalne 
(o czem jeszcze później będziemy mówić), w praw iw szy się w  stan transu, 
tak dalece uodpornili swą skórę, że stała się niewrażliwą na działanie ognia 
i rozpalonych do białości łańcuchów.
Punkt trzeci, a więc ową r e g e n e r a c j ę  rozciętej skóry tłumaczyć 
możemy wspomnianą już w  punkcie drugim zdolnością zmiany struktury  tka­
nek, zatem i gojenia ran. Zwyczajna rana, odpowiednio magnetyzowana przez 
dobrego magnetyzera, może się zagoić dwa razy prędzej jak przy  normalnej 
opiece lekarskiej. Tkanki otrzymują tu wzmożoną dawkę energji życiowej, 
owego odu, zatem proces gojenia przyśpiesza się dwukrotnie. W  opisanym 
wypadku medja owe w  transie mogły w  czasie kilkunastu minut spowodować 
zrośnięcie się rozciętej skóry. O tej pracy regeneracyjnej, jaką w tedy w yko­
nywały, świadczy fakt, że siedziały bez ruchu przez dłuższy czas i w  pozycji 
t. zw. „lotosowej“, która to pozycja u ludów W schodu sprzyja przepływowi 
prądów magnetycznych ziemskich i jest używaną przy  wszystkich ćw icze­
niach tajemnych. Medja te były  w  tym  czasie pogrążone w  głęboki trans 
i w  transie tym  odbyło się regenerowanie zniszczonych tkanek i gojenie ran.
Posłuchajmy następującego opisu: „Znajomy państwa Baud, holenderski 
plantator herbaty, którego nazwiska niestety nie zanotowałem, miał tu nastę­
pującą przygodę: Pewnego dnia, mimo iż czuł się świetnie, zaczął gw ałtow ­
nie puchnąć. Lekarz powiedział mu krótko: „Panuje tu taka choroba, wypadki 
są rzadkie — my lekarze jej nie znamy, ale jest ona niestety śmiertelna.“ 
Niebardzo zadowolony z tej diagnozy plantator udał się do swego znajomego, 
kapłana buddyjskiego. Orzeczenie tego było jeszcze krótsze: „Musiał pan 
komuś nie zapłacić.“ Mimo zapewnień spuchniętego, że wszystkie rachunki ma 
uregulowane, kapłan diagnozy swej nie zmienił. Zasugerowany podejrzeniami 
duchownego, począł sprawdzać książki kasowe i w ykrył szereg defraudacyj,
235
popełnionych przez buchaltera Chińczyka, który, przeczuwając, że jego 
sprawki w yszły  na światło dzienne, uciekł. W szystkie zaległe i nieuskutecz- 
nione w ypłaty  chory załatw ił od ręki i był to moment przełomowy jego cho­
roby. Zaczął chudnąć, wrócił do normy a Chińczyka-defraudanta znaleziono po 
paru dniach m artwego: był on spuchnięty w  sposób monstrualny."
Mamy tu nowy i odmienny orzech do zgryzienia, wkroczyć bowiem mu­
simy na teren magji w  dziale t. zw. uroków. Naturalnie znów najłatwiej 
byłoby przyjąć działanie przypadku, t. j. twierdzić, że jakaś nieznana choroba 
opadła nagle plantatora, że w  momencie zapłacenia długów nastąpił przypad­
kowo kryzys choroby i rekonwalescencja, albo, że autosugestia plantatora 
przełam ała proces chorobowy, że w reszcie w  tymże momencie tasama choroba 
przypadkowo opadła Chińczyka-defraudanta i spowodowała ostatecznie jego 
śmierć. Można i tak to tłumaczyć i przyznaję, że jest to  najwygodniejsze tłu­
maczenie! Ale studjując arkana parapsychologii, możemy i z innej strony 
jeszcze podejść do tego zagadnienia.
Ciało eteryczne człowieka, ten motor fizycznego ciała, należy jeszcze do 
równi fizycznej i składa się z materji w  stanie eterycznym, t. j. w stanie sku­
pienia, następującym po stanie lotnym, gazowym. Ten stan skupienia materji 
jest obecnie jeszcze nieuchwytny przez narządy naszego spostrzegania zmy­
słowego i nie można materji w tym  stanie uchwycić i zarejestrować naszemi 
aparatam i i przyrządam i fizycznemi, mimo wielorakich prób, jakie w tym 
kierunku robiono. W ibracje tej materji są tak  szybkie i tak subtelne, że nasze 
zmysłowe aparaty  odbiorcze, nastawione na inną falę, nie mogą tych drgań 
zarejestrować. Ale materja ta istnieje i w yraża się widomie szeregiem skut­
ków, jakie w  materji fizycznej wywołuje, o czem już niejednokrotnie mówi­
liśmy przy rozbiorze budowy ciał niewidzialnych człowieka i przy omawianiu 
procesów medjumicznych. Zatem ciało eteryczne człowieka jest też złożone 
z materji fizycznej i ściśle związane z fizycznem ciałem człowieka, którego 
jest życiodajnym motorem. O tej ścisłej łączności świadczą fenomena medju- 
mistyczne. Każde uszkodzenie czy dotknięcie wysuniętego z medjum jego 
ciała eterycznego, zgęstnionego przy pomocy atomów fizycznych w  t. zw. 
teleplazmie, odbija się momentalnie na fizycznem ciele medjum i może spo­
wodować ciężkie uszkodzenie ciała, długotrwałą chorobę lub nawet śmierć. 
Podczas seansu z medjum Zimmermanem w  Ameryce, gdy rozpoczęły się 
w  pokoju fenomeny i ukazała św ietlista zjawa, pewien Jankes, nie myśląc 
długo, wyciągnął rewolwer i strzelił w  stronę widziadła. Rozumie się trafił 
w  próżnię, lecz w tej chwili Zimmerman upadł na podłogę. Zapalają światła: 
ma głęboką ranę w  piersiach. Jest rzeczą wykluczoną, by Amerykanin go tra ­
fił, bo kula tkw i w  ścianie w  zgoła innym kierunku niż medjum siedziało. 
Eksperyment ten odpokutował Zimmerman paromiesięczną kuracją w  szpitalu.
Przypatrzm y się teraz doświadczeniom płk. A. de. Rochasa.1) Przenosił 
on część aury  ludzkiej, w ięc cząsteczki ciała eterycznego i astralnego osoby 
magnetyzowanej na lalkę woskową. Jeśli potem tę lalkę woskową ukłuto 
np. szpilką w  główkę — dana osoba odczuwała ból w odpowiedniem miejscu 
głowy, jeśli lalkę kłuto w  rękę, osoba, z którą eksperymentowano, z krzykiem 
bólu chw ytała się za daną rękę. Kłucie lalki odbywało się w oddaleniu od 
„ofiary“, która nie wiedziała, ani nie widziała, jakie manipulacje robiono
!) L’ex terio risa tion  de la  sensib ilite , e tude expćrim en ta le  e t h isto rique . P a ­
ryż 1895.
236
z lalką. Celem kompletnego wyłączenia tła  telepatycznego kłucie lalki prze­
prowadzała osoba obca, tak, że nawet płk. de Rochas nie widział, które 
miejsca były  kłute. Objawy te nazwano w  parapsychologii e k s t e r j o -  
r y z a c j ą  c z u c i a  i są one dziś już zjawiskiem bezsprzecznie naukowo 
stwierdzonem.
Na tym  wpływ ie ciała eterycznego na ciało fizyczne danego osobnika 
opiera się cała średniowieczna czarna magja w  dziale t. zw. u r o k ó w .
A że magja taka najniższego gatunku istnieje i dziś jeszcze na wsi w śród ludu, 
mamy na to szereg przykładów. Kur jer Metapsychiczny podawał niedawno1) 
dokładny opis skrępowanej i przekłutej kilkoma długiemi szpilkami laleczki 
woskowej, odnalezionej w  Krakowie na cmentarzu przy  kopaniu grobu. Ten, 
który ją tam zakopał, w ierzył święcie, że gdy lalkę skrępuje, pokłuje szpil­
kami i zakopie na cmentarzu obok świeżego grobu — ofiara zginie w  męczar­
niach. Wiemy o całym  szeregu rzucania uroków na wsi na ludzi, konie i kro­
wy, a ulubionym pośrednikiem przy przenoszeniu takiego uroku na ofiarę jest 
odpowiednio spreparowana żaba, którą się zakopuje pod progiem domostwa 
tego, komu się chce zaszkodzić, albo naw et stara  się ją wpakować do jego 
izby czy barłogu.
Enchejridion papieża Leona Ii-go pisze o tej sprawie następująco2):
„Jednym  z u lub ionych  środków  oczarow ania  je s t u rok, rzucany  zapom ocą 
żaby. Bierze się specja ln ie  t łu s tą  żabę lub  k re ta , zw ierzę zostaje  pośw ięcone 
im ieniem  osoby, k tó rą  się chce przekląć, każe się bes tji po łknąć  k aw a łek  hostji, 
poczem zaw ija  w szaty  o fiary . N astępn ie  zakopu je  w  m iejscu , w  k tó rem  n a j­
częściej tam ten  przebywa. Ciało a s tra ln e  żaby s tan ie  się w am p irem  i nocą będzie 
ssało krew . Aby ubiedz czar należy  zw łoki g ada  odnaleźć i spa lić  n ad  p łom ie­
niem  z s ia rk i i smoły. W tedy  p rzek leństw o spadn ie  n a  spraw cę, on i jego w spól­
nicy w ciągu doby zem rą .“
Mamy tu znów, poza pompatycznym ceremoniałem magicznym, jak poły­
kanie hostji, tesame co poprzednio rekw izyta do eksterjoryzacji uczuć. Zamiast 
lalki woskowej wzięta jest żaba, kontakt m iędzy żabą a ofiarą nawiązuje się 
przez ochrzczenie żaby imieniem ofiary i owinięcie jej szatami tejże ofiary — 
no i operuje się tą żabą, co się odbić ma na ciele fizycznem ofiary. A do tego, 
by skutek był pewniejszy, należy żabę umieścić blisko ofiary!8)
W  tern świetle inaczej ukaże się nam wypadek plantatora. Z prahistorii 
ziemi wiemy już, że teren obecnych wysp Indyj holenderskich jest resztką 
terenów olbrzymiego lądu południowej półkuli, t. zw. w  antropogenezie okul­
tystycznej Lemurji. Teren ten w  czasie chylenia się ku upadkowi czwartej 
rasy, rasy atlanckiej, został skolonizowany przez jeden ze szczepów alianc­
kich, t. zw. Praturańczyków , tak, że dzisiejsi M alajczycy są produktem skrzy­
żowania się tego szczepu z resztkami czarnej ludności lemuryjskiej. Pratu- 
rańczycy byli urodoznymi magami i czarownikami i dużo z tych właśnie władz 
i uzdolnień magicznych znajdujemy dziś jeszcze u Malajów. Czyż nie jest 
zatem możliwe podobne oddziaływanie zapomocą tej eksterjoryzacji czucia
1) K ur je r  m etapsych iczny  44/34, „C zarna m ag ja  w  dzisiejszym  K rakow ie“. 
Tamże fo tograf ja  tej figu rk i.
2) cytuję z książk i St. W ołow skiego p. t. „M agja i czary“, s tr . 127.
3) Jednym  z uroków , po legającym  n a  bezpośredniem  uderzen iu  p rą d u  e te ­
rycznego (płynącego z oczu czarodzieja  n a  ciało eteryczne ofiary) je s t ta k  zw. „zły
wzrok“ znany  we W łoszech jako  „m al occhio“ albo „ je tta tu ra “. Opis tego znajdzie
czytelnik w K ur jerze M etaps. 35/34.
237
na ciało eteryczne owego plantatora i w  następstwie na jego ciało fizyczne?! 
W  świetle najnowszych badań parapsychologii rzecz ta nie wydaje się już 
takim absurdem, za jaki doniedawna musiałoby się ją uważać.
Bardzo wielu ludzi miało do czynienia z podobnemi „urokami“, wolą jednak 
o tych rzeczach nie mówić, by się nie ośmieszyć. Na jednym z wykładów 
w Tow arzystw ie Parapsychicznem  im. J. Ochorowicza we Lwowie, podczas 
dyskusji na temat wykładu zaapelowałem do obecnych, by opowiedzieli 
o swoich przeżyciach „urokowych“, o ile je kiedykolwiek mieli. I o dziwo, 
każdy z obecnych podał jeden lub kilka zupełnie konkretnych wypadków ze 
swego własnego życia i szereg z tych wypadków  dawał się wyjaśnić w spo­
sób jak wyżej podałem, ba nawet znalazła się i żaba, rozpięta na krzyżu 
z patyczków i umieszczona pod progiem domu „ofiary“, w  tym  wypadku cał­
kiem niewinnej letniczki, pani F.
Trzeci i ostatni opis brzmiał następująco: „Jest ju jezioro, gdzie mieszkają 
święte krokodyle. Ile ich jest, nikt nie wie, może pięćset, może tysiąc. Są one 
oswojone i karmione przez kapłanów, mających nad niemi pieczę. Któregoś 
dnia, gdy jakaś Malajka składała im ofiarę, została przez krokodyle por­
wana i zjedzona. Ponieważ trup musi być spalony, inaczej bowiem dusza 
zmarłego, według wierzeń hinduskich, błąka się po ziemi, nie idąc do nieba 
i niepokoi krewnych, przeto rozpacz rodziny była straszna. Należało win­
nego krokodyla zabić a szczątki pożartej spalić, lecz wykrycie winowajcy 
wśród takiego tłumu było niemożliwe. W tedy kapłani nad brzegiem jeziora 
odprawili modły, którym  ciekawie przyglądały się sterczące z wody głowy 
aligatorów. Po skończonej ceremonji główny kapłan zakomunikował stroska­
nej rodzinie, że krokodyla, który popełnił taki nietakt w  stosunku do ich 
krewnej, niema tu w  tej chwili, jest daleko, ale wieczorem przyjdzie, więc 
niech o zachodzie słońca zjawią się jeszcze raz, już uzbrojeni. Po wieczornych 
modłach na brzeg w ylazł duży krokodyl. Minę miał podobno bardzo stra­
pioną i nie podnosił oczu na obecnych. Po zabiciu go i wypatroszeniu znale­
ziono w jego wnętrznościach, prócz resztek ciała ludzkiego, bransolety i kol­
czyki, które by ły  własnością zmarłej."
Moglibyśmy także i tutaj widzieć tylko szereg dziwnych przypadków, 
popatrzmy jednak, czy i tu również parapsychologia nie rzuci promienia 
św iatła na to zagadkowe zdarzenie. W ytłumaczenia wym agałyby tu następu­
jące fakta:
1. Skąd kapłani wiedzieli, że winowajca-krokodyl jest w tym  momencie 
nieobecnym w  jeziorze?
2. W  jaki sposób zmusili owego krokodyla, by dobrowolnie oddał głowę 
pod nóż?
Zajmiemy się najpierw pierwszem pytaniem. Kwestja wkracza w ramy 
parapsychologii podmiotowej1) i da się wyjaśnić jasnowidzeniem w  przestrzeni. 
Jasnowidz (a u kapłanów indyjskich i malajskich zdolności te są świadomie 
rozwijane i pielęgnowane ćwiczeniami radżajogi względnie jog niższych aż 
do hathajogi włącznie), po wprawieniu się w  pewien rodzaj lekkiego transu
*) określenie prof. K. R ieheta.
2%
podczas modłów nad brzegiem jeziora, naw iązawszy kontakt z jakimś przed­
miotem, należącem do zjedzonej, a k tóry  mu jej familja zapewne dostarczyła 
— odszukał w  przestrzeni resztki jej zwłok i w  ten sposób mógł objaśnić 
rodzinę, że krokodyla-winowajcy niema na miejscu w  jeziorze. Jasnowidzenia 
takie są już dzisiaj rzeczą naukowo stwierdzoną, jasnowidz, skupiwszy swą 
uwagę na przedmiocie należącym do pewnej osoby, może w korzystnych 
warunkach określić miejsce przebywania tej osoby. W ypadki takie zna para­
psychologia i wyjaśnia je w  ten sposób, że jasnowidz jako osoba wrażliwsza 
od innych odczuwa wibracje eteryczne czy astralne, w yczuwa „aurę" tej 
osoby, tkwiącą przy danym przedmiocie i w przestrzeni czterowymiarowej 
odkrywa daną osobę. Ten punkt zatem możemy wyjaśnić znanemi nam, cho­
ciaż przez naukę jeszcze niezupełnie wyjaśnionemi i sprecyzowanemi pra­
wami jasnowidzenia w przestrzeni wzgl. psychometrji.
Większe trudności przedstaw ia punkt drugi. Czy można drogą telepatii 
zmusić dane zw ierzę do posłuszeństwa woli ludzkiej? Bo tylko drogą telepatii 
mogli kapłani zmusić owego krokodyla do przywędrow ania z powrotem na 
jezioro i do wyjścia na brzeg! Badania, jakie w  tym  kierunku przeprowadzano, 
wykazały, że zw ierzęta reagują na myślowe czy uczuciowe nakazy czło­
wieka. I tak znany nasz jasnowidz inż. Ossowiecki opisuje w jednem miejscu 
następujące doświadczenie: szedł wieczorem w tow arzystw ie kilku panów 
przez ulice W arszawy. Z naprzeciwka żołnierze prowadzili kilkanaście koni 
parami. Inż. O. oświadczył kolegom, że spróbuje zatrzym ać na odległość jedną 
parę koni (6-tą lub 7-mą, dokładnie nie pamiętam). Skupił siłę woli i starał 
się narzucić tej parze koni telepatycznie nakaz zatrzymania się. I faktycznie 
oznaczona para koni, mijając eksperymentatora, zaczęła się niepokoić, szar­
pać, wreszcie stanęła w  miejscu, tak, że prowadzący żołnierz nie mógł sobie 
z nią dać rady. Nie twierdzę, że ten sporadyczny fakt rozwiązuje już sprawę. 
Musiałoby się przeprowadzić cały szereg takich doświadczeń w różnorakich 
warunkach i z różnemi zwierzętami, a potem dopiero możnaby wyciągać 
ostateczne wnioski. Sam fakt jednak takiej możliwości wskazuje nam drogę 
dalszych badań i ostatecznego wyjaśnienia podobnych faktów, nie wychodząc 
poza ramy parapsychologii jako nauki ściśle eksperymentalnej. Bo jeśli moż- 
liwem jest z odległości, np. 20 kroków, zmusić parę koni do zatrzymania się, 
to można również z odległości 2 km zmusić krokodyla do przybycia na 
pewne miejsce i wypełznięcia na brzeg. Zjawisko nie różni się tu jakością, 
tylko intenzywnością, t. j. że potrzebniejsza tu jest silniejsza i bardziej zdyscy­
plinowana wola, jak w  wypadku zatrzym ania koni. Jeśli znów chodzi o zdy­
scyplinowanie woli i wysyłanie odpowiednich prądów eteryczno-astralnych, to 
przeciętny kapłan indyjski czy malajski stoi tu prawdopodobnie o wiele w y­
żej od najsilniejszego europejskiego jasnowidza.
Jak widzimy z poprzednich wywodów , parapsychologia jest nauką, która 
obdziera wiele zjawisk okultystycznych z nimbu cudowności i tajemniczości. 
Okazuje ona dowodnie, że w  przyrodzie niema cudów, a są tylko nieubłagane 
prawa przemiany energji w  m aterię i naodwrót, prawa, według których duch 
kształtuje materię i oddziaływa na nią, a których to praw  jeszcze nie znamy 
i dopiero powoli zaczynamy je odkrywać. Niema zatem cudów okultystycz­
nych, ani faktów anormalnych, sprzeciwiających się prawom przyrody, a są
239
tylko zjawiska, przekraczające ramy dzisiejszej fizyki czy psychologii. Jest 
zatem metafizyka, ponadfizyka i parapsychologia, ponad-psychologja, w  które 
św iat nauki pozytywnej bezwiednie coraz silniej wkracza. Teorja względności, 
czwartego wymiaru, nasze teorje św iatła, budowa atomu, to są wszystko 
kamienie węgielne nowej wyższej fizyki, do której większość umysłów w spół­
czesnych nie dorosła jeszcze, a które są dostępne jedynie umysłom do tego 
przygotowanym  i wyprzedzającym  ewolucję ogólną. Taksamo prawa i feno­
meny ujęte w  parapsychologii przedmiotowej i podmiotowej są tym zawiąz­
kiem wyższej psychologii, psychologii przyszłości, jaka kiedyś będzie udzia­
łem całej ludzkości w  ramach następnego cyklu ewolucyjnego, w  przyszłej 
szóstej rasie, jaka nastąpi po przeżyciu się naszej rasy  aryjskiej. Dziś odwa­
żamy się zaledwie nieśmiało torować drogę tym światoburczym poglądom, 
które kiedyś staną się powszechną własnością ludzkości na wyższym  stopniu 
duchowego rozwoju.
J .  A  & F N fie i 2EATTON
Wstęp w światy nadzmysłowe
XI. P rzygo tow an ie .
Tych p i ę ć  s z c z e b l i ,  o k tórych  przeczytałeś dotychczas, tworzy 
razem , ja k  wiesz, ścieżkę przygotow awczą. P rzez tych la t siedm będziesz 
miał dość p racy  nad sobą i szczęśliwym się nazwiesz, jeżeli ją  w ciągu lat 
siedmiu wykonasz o tyle, aby być dojrzałym  dostatecznie do wstępu na 
ścieżkę czeladztwa. Jeżeli n iektóre z tych zadań wykonasz mniej doskonale 
niż inne, wolno ci będzie mimo to  wstąpić, ale na czeladnika próbnego. 
Bo nie je s t niezbędnie konieczne, abyś naprzód uprawił ja k  n a j z u p e ł ­
n i e j  przygotow anie, nim możesz dostąpić oświecenia. Dopuszczalne jest 
i to, abyś w niektórych kierunkach upraw iał nadal przygotow anie, podczas 
gdy  w innych otrzym ujesz ju ż  oświecenia. Je s t tu  podobnie, jak  w szkołach. 
Jeżeli w niektórych przedm iotach wykażesz postępy  ty lko m ierne, ale zato 
w innych bardzo dobre, wynik ogólny  św iadectwa upraw ni cię do przejścia 
do klasy  wyższej. W  niej musisz oczywiście b rak i uzupełnić, bo inaczej nie 
podołasz je j  zadaniom .
Przygotow anie, to  ty lko jedna  klasa, a jam a, ni jam a, asana, prana- 
jam a i p ra tjahara , to  różne przedm ioty  nauki. Szczeble te zatem  nie nastę­
pu ją  ko le jno  po  sobie, lecz biegną równocześnie obok siebie. Jeżeli czy­
tałeś o p rana  jam ie np. później, niż o jam ie, to  powód je s t ten, że bez 
pew nego, choćby bardzo początkow ego, oczyszczenia się niemożebnem 
je s t oddawać się ćwiczeniom szczebli dalszych. Podobnie będzie w klasie 
wyższej. I tam  dharana, dh jana i sam adhi biegną rów nolegle obok siebie, 
tworząc razem  sam jam ę; ale bez pew nej biegłości w dharanie nie zdołasz 
dh jany  upraw iać owocnie.
O tych trzech szczeblach wyższych m ógłbyś wprawdzie nie wiedzieć 
nic i odłożyć zainteresow anie się niemi aż do tego  czasu, gdy po siedm io­
leciu okażesz się do jrzałym  do oświecenia. Ale na tych szczeblach pojaw ią
240
ci się o w o c e  tego , co zasiałeś, upraw iając przygotow anie; a każda 
prawdziwa szkoła ta jem na, dając uczniowi jakiekolw iek zadania, objaśnia 
go zawsze, jak i będzie ich wynik. Ty zatem  powinieneś także wiedzieć, do 
jakich wyników dojdziesz przez przygotow anie.
Zadaniem ogólnem  okresu  przygotow aw czego jest, ja k  wiesz, oczy­
szczenie i opanow anie tw ego ciała m y ś l o w e g o ,  a s t r a l n e g o  
i e t e r y c z n e g o ,  a przez nie i fizycznego. Opanowawszy je  zupełnie, 
będziesz m ógł dopiero  je  przekształcić, czyli „prześw ietlić“ je  tern, co da 
ci oświecenie. To przetw arzanie siebie w innego człowieka je s t w łaśnie 
wynikiem jog i. Twa jaźń  wyższa prześw ietli twe ciała tak, że blask je j 
będzie się przez nie przebijał. S topnie przygotow aw cze m ają  ty lko  urno 
żebnić je j to  prześwietlenie. M ają oczyścić twe ciała, dać ci w rękę władzę 
zupełną nad niemi i napraw ić ich funkcje o tyle, aby były ci narzędziam i 
sprawnemi, posłusznem i ci na każde skinienie i fungującem i bez zarzutu. 
Dostosowanie tych narzędzi do funkcyj, jak ich  wym agać będzie od nich 
„oświecenie“, nastąpi na szczeblach wyższych; tu  szło ty lko o ich oczyszcze­
nie i naprawę.
Opanowanie ciała fizycznego, a przez nie także ciał niewidzialnych, 
jest —  ja k  wiesz — celem hathajogi. Ćwiczeniami w ytężającem i, poczęści 
bardzo bolesnem i (t. zn. „ tapas“) zm ierza ha tha jog in  do zdobycia nad 
swem ciałem władzy tak  w szechstronnej, żeby m ógł zadawać mu ból, k ie­
rować funkcjam i jego  narządów  wewnętrznych, wpraw iać je  w ka ta lepsję  
i wysuwać zeń nazew nątrz ciało eteryczne lub astralne. P rócz owych ćwi­
czeń „oczyszcza“ hathajog in  swe ciało fizyczne wstrzymywaniem  się od 
mięsa, alkoholu  i użycia płciowego, aby w ten  sposób, n iejako  „od do łu“, 
oddziałać przez ciało fizyczne także na ciało eteryczne i astralne. Da się to 
bezwątpienia osiągnąć, ale tylko częściowo, do pew nego stopnia, a o b ja ­
wem osiągnięcia je s t uzyskanie zdolności m edjalnych.*) H a tha jog in  zdoła 
prostem napięciem woli wywoływać zjaw iska lew itacji, telekinezji, ap o r­
tów, a więc czynić „cuda“ w przekonaniu  ludzi nieoświeconych; zdoła 
także osiągnąć pew ien rodzaj jasnow idzenia niższego stopnia (w dolnych 
sferach astralnych) i nawiązywać łączność z „ducham i“ spirytystów .
Wiesz już, że to  nie je s t d roga właściwa, gdyż pom ija oczyszczenie 
ciała m yślowego i nawiązanie łączności z jaźn ią wyższą. Nie można roz­
wijać ducha przez ciało, lecz odw rotnie: ty lko  rozwój m oralny może 
trwale wpływać na ciała, jako  narzędzia ducha. D latego to  nie podawałem  
ci żadnych wskazówek do opanow ania ciała fizycznego, nie zalecałem  ci 
wstrzemięźliwości od mięsa, od używek, od zadow alania popędów  fizycz­
nych, podobnie jak  rozumny właściciel konia nie będzie go  głodził, ani 
zwalczał jego  popędy, lecz będzie niemi kierow ał do swoich celów. Jeżeli 
uważasz, że w początkach tw ego przygotow ania łatw iej ci będzie opano ­
wać niektóre nam iętności przez wstrzem ięźliwość fizyczną, możesz ją  
uprawiać; ale nie spodziewaj się po niej zbyt wiele.
Logicznem jest, aby oczyszczanie zaczynało się o d  g ó r y  i zstępo ­
wało c o r a z  n i ż e j  ko le jno . D latego też zacząłeś oczyszczanie od 
ciała myślowego. S tarałeś się usunąć ten  obłok myślaków drobnych i m ar­
*) Głośne m ed ja  parapsych iczne  czasów obecnych są  w łaśn ie  w cielen iam i 
hathajoginów  daw niejszych; d la tego  poziom  m ora lny  m edjów  byw a bardzo różny.
16 241
nych, czyto obcych, czy twoich własnych, k tó ry  otaczał przedtem  twe ciało 
myślowe chm urą nieprzeniknioną. Teraz przestrzeń  wokoło tw ego ciała 
m yślowego je s t wolna i czysta; nie zasłania ci już  widoku, i dzięki temu 
będziesz m ógł na szczeblu wyższym otrzym ywać inspiracje, spostrzegać 
myśli obce. Będą to  nietylko myśli ludzi, bo taka  zdolność różniłaby się 
niewiele od te lepa tji, lecz będą to  przedewszystkiem  myśli istot wyższych 
nad ludzi, isto t zam ieszkujących te światy, z k tórych  ludzie czerpią 
natchnienia.
Zdołasz tedy ciałem myślowem sięgać w górę; ale wpływ tego ciała 
oczyszczonego objaw i się i w dół, na ciała niższe. Zarzucisz myśli n i e ­
p o t r z e b n e ,  a zaczniesz myśleć o rzeczach potrzebnych. Przez to 
w ciele astralnem  będzie pow staw ało o wiele m n i e j  u c z u ć  niepotrzeb­
nych, o wiele mniej pokus i pożądań. Oczyszczenie ciała m yślowego z całego 
balastu  myśli n iepotrzebnych i nikłych uczyni zeń narzędzie niezwykle 
spraw ne i dokładne. Myśli tw o je  będą tak  jasne, wyraziste i logiczne, jakie 
niemożebne byłyby w ogóle człowiekowi, k tó ry  nie przeszedł przez p rzy­
gotow anie podobne tw ojem u.
Zmieni się również tw oje ciało astralne. Dotychczas wyglądało jak  
obłok  różnobarw ny, pozbaw iony zarysów  określonych, zm ieniający u s ta ­
wicznie form ę i barwy, kłębiący się i m igający  raz ciemniej, raz jaśniej. 
P rądy  i w iry astra lne w nikały weń bez przeszkody, zmieniały jego  kształt 
i zabarwienie, pow odowały w niem wybuchy i w rzenia coraz to  inne. Po 
„przygotow aniu" ciało to  zyska przedewszystkiem  kształt określony 
i k o n t u r  w y r a ź n y .  Znikną w niem różne wybuchy nagłe i drgania 
nieuregulow ane, jakko lw iek  nie ustanie jego  ruch w irowy i ustawiczne 
przepływ anie w niem prądów , teraz już  prądów  własnych, nie z zewnątrz 
narzuconych. Znikną zeń ponadto , a przynajm niej stracą znacznie na na tę ­
żeniu, n iektóre b a r w y  mniej piękne, jak  czerwień krw ista, zieleń szara, 
czerń n ieprzejrzysta  lub fio let mętny, a natom iast po jaw i się kilka barw  
nowych, niezwykle świetnych i czystych.
W yniki przygotow ania widome będą podobnież w ciele eterycznem. 
Zam iast masy n ieuczłonkow anej, w ypełniającej w przybliżeniu kon tu ry  
ciała fizycznego, z licznemi jednak  naroślam i i guzami, m ętnej i ciemnej, 
rozśw ietlonej ty lko  w n iektórych punktach  jakgdyby  węglam i słabo rozża­
rzonymi, po jaw i się teraz  postać wyraźnie uczlonkow ana, złożona 
z t r z e c h  c z ę ś c i  wybitnie oddzielnych, a błyszcząca kilku gwiazdami 
kolorowem i, między którem i w iją się prądy  barwne.
Te gwiazdy świetne, to  padm y  tw ego ciała eterycznego, czyli „kwiaty 
lo tosu“ (czakry). Rozwinęły się przez upraw ę przygotow ania, a później 
świecą ju ż  jasno  i w iru ją ruchem  prawidłowym. Gwiazdy te m ają, jak  
wiesz, każda inną liczbę ram ion, czyli „sprychów  ko la". W  środku ciała 
mniej więcej świeci l o t o s  d z i e s i ę c i o p l a t k o w y ;  z pączka, zawie­
ra jącego  pięć p łatków  żywych, a drugich pięć uśpionych, rozw ijałeś uprawą 
pięciu przykazań  jam y  tych pięć p łatków  z uśpienia, a do rozkwitu dop ro ­
wadziłeś kw iat cały owem ćwiczeniem oddechowem, przesyłającem  powie- 
trze z brzucha do płuc i naodw rót. Gdybyś go zaczął budzić do ruchu 
odrazu ćwiczeniem oddechowem , nie ożywiwszy go poprzednio uprawą 
jam y, wprawiłbyś go  w ruch przeciwny norm alnem u. Skutkiem  tego  i prądy 
w  ciele eterycznem  krążyłyby niepraw idłowo; posiadałbyś zdolności
242
m e s m e r y z e r s k i e ,  ale ten  mesmeryzm  działałby na drugich jak 
alkohol; zam iast leczyć, usypiałby ty lko  ich choroby i znieczulałby chwi- 
lowo na cierpienia. Twój natom iast mesmeryzm  będzie c z y s t y  i zd ro ­
wotny, bo i twe ciało eteryczne je s t zdrowe i oczyszczone. Nadm iaru tego  
mesmeryzmu, tych sił żywotnych, będziesz m ógł używać do leczenia bliź­
nich i przynoszenia im ulgi w cierpieniach. Zadanie główne n i e  i d z i e  
jednak dla ciebie w tym kierunku. Nie masz obrać zawodu lekarza m agne- 
tyzera, bo czekają cię zadania w ażniejsze: będziesz leczył i wzmacniał 
dusze, nie ciała.
O prócz dziesięcioplatkowej pobudzisz i inne padm y  z uśpienia, chociaż 
jeszcze nie wszystkie, bo do niektórych potrzebna je s t upraw a ćwiczeń 
dharany i dhjany. „Uzdatnienie poszóstne", k tó re  sobie przyswoiłeś ni jam ą, 
rozwinie ci padmę d w u n a s t o l i s t n ą ,  mieszczącą się w pobliżu serca 
I u mej poprzednio  poruszało  się sennie sześć je j płatków , a drugich sześć 
byio nieczynnych; teraz zaś świecą wszystkie i w iru ją praw idłow o. W  g ło ­
wie, mniej więcej w tym  punkcie, gdzie przew ód nosowy łączy się z gardłem , 
świeci gwiazda s z e s n a s t o r a m i e n n a ;  doprow adziła ją  do rozkw itu 
„święta ścieżka poósem na“ . Natom iast pozostała  jeszcze w pączku padm a 
o ś m i o p ł a t k o w a ,  jakko lw iek  pracą nad „czterem a kw alifikacjam i“ 
rozbudziłeś z uśpienia cztery  je j  p łatk i i wpraw iłeś w ruch zgodny z czte­
rema drugiemi. Do pełnego rozkw itu dojdzie ten  kw iat lo tosu  dopiero  na 
ścieżce czeladztwa.
Ale i te padmy, k tó re  ożywiłeś dotychczas, da ją  ci cały szereg  spo ­
strzeżeń całkiem  nowych, bo ju ż  działają praw idłow o, jak o  „zmysły nad- 
zmysłowe“. Padm a dw unastopłatkow a, obok wzmożenia twej żywotności 
i uzdolnienia m esm erycznego, dozwala ci odczuwać u s p o s o b i e n i e  
ludzi w sposób taki, że jednych  nazwiesz ciepłymi, innych chłodnymi, 
chociaż będzie to  oczywiście ty lko opisanie. Lotos szesnastopła tkow y do łą­
czy tu spostrzeżenia ś w i e t l n e ;  tych, k tórych  określiłeś jako  ciepłych, 
nazwiesz jasnym i, zimnych ciemnymi, obojętnych  szarymi. Spostrzeżenia 
te o trzym ają nadto  pewne form y: odróżnisz k s z t a ł t  m y ś l i  jednych 
ludzi od drugich, a naw et form y, jakiem i w yrażają  się praw a zjaw isk 
w przyrodzie. Nie będą to  jeszcze spostrzeżenia ścisłe, lecz zrazu niejako  
wrażenia ogólne; ale umocnią cię w zaufaniu do tej drogi, po k tó re j idziesz, 
bo dadzą ci sprawdzian, że idziesz nią nie napróżno, skoro  już  po jaw iają  
się wyniki.
Nietylko po różach jednak  będziesz stąpał. Ta rozbudzona wrażliwość 
narządów n a d z m y s ł o w y c h  da ci, obok  przeżyć ciekawych i ra ­
dosnych, także szereg  przejść p r z y k r y c h .  Będziesz w położeniu 
takiem, ja k  dziecię niedołężne, na k tó re  działa ją  ze wszech stron  wrażenia 
dodatnie i ujem ne, a ono nie umie jeszcze poradzić sobie z niemi, nie umie 
bronić się od nich. Tw oje zmysły niewidzialne, rozbudzone dopiero  świeżo 
z uśpienia, będą początkow o zarów no nieudolne w odbieraniu wrażeń, jak  
i w zamykaniu się przeciw  nim.
Jednym z takich objaw ów  przykrych, na k tó ry  zrazu nie zdołasz sobie 
poradzić, będzie u c z u c i e  d u s z n o ś c i  i skrępowania, gdy znajdziesz 
się w ciżbie ludzkiej. Ciało astra lne sięga przeciętnie o pół m etra  poza obręb 
ciała fizycznego, zatem  w ciżbie ludzi obce ciała astra lne będą wnikały 
w twoje i sprawiały ci to  uczucie ucisku, po tęgu jące  się nieraz aż do mdłości.
16*
Ów chłód duszowy ludzi, wyczuwany padm ą dwunastopłatkową, będzie ci 
niezwykle p rzykry  i dopiero  z biegiem  czasu zdołasz podać np. rękę bez 
odrazy takiem u człowiekowi. Uczucia i n a s t r o j e  o b c e  będą z n ie­
zwykłą łatwością pobudzały do d rgań  równobrzm iących tw oje ciało 
astralne. Człowiek zrozpaczony wzbudzi odrazu w tobie rozpacz, a czyjś 
wybuch gniewu roztrzęsie podobnież tw oje ciało astralne. Spostrzeganie 
myśli ludzkich będzie budziło w tobie myśli podobne, a jeżeli im się będziesz 
stara ł opierać, to  znów łatwo wpadniesz w pogardę dla tych ludzi za ich 
myśli m arne i egoistyczne.
W śród takich to  przeżyć bolesnych i radosnych, i w śród mnóstwa 
innych jeszcze, w ije się tw o ja  ścieżka przygotow ania. Do tego  dodaj okresy 
owej „ciemności duchow ej", k tó re  będą cię naw iedzialy ze silą coraz to 
w iększą; i dodaj stałe poczucie p u s t k i  i osam otnienia, k tó re  tow arzy­
szyć ci będzie ciągle na ścieżce. Nie zapom inaj także, że im wyżej będziesz 
wstępował po szczeblach ścieżki, tern bardziej wzmagać się będzie zacie­
kłość tych p o t ę g  n i ż s z y c h ,  k tó re  uważały cię za swój łup dotych­
czas, i tern usilniej będą podsuwały ci przeróżne pokusy i sidła, abyś w nich 
uwiązł i spadł ze ścieżki. Pom ocne im w tern będzie i zaślepienie ludzi, bo 
ludzie nie lubią, aby k toś różnił się od nich.
Dopóki byłeś człowiekiem przeciętnym , dopóki miałeś ułomnostki, 
k tó re  inni m ogli ci wybaczać, dopó ty  byłeś do nich podobny, nie prze­
rastałeś ani o włos ich poziomu. Z chwilą jednak , gdy zaczynasz wyster- 
czać im p o n a d  g ł o w ę ,  zw racasz na siebie uwagę wszystkich wokoło. 
Ale nie je s t to  uw aga przy jazna, raczej zawistna. Nie mogąc dojść, d la­
czego ty  ich przerosłeś, poczynają wyszukiwać w tobie wszystkie twe 
s ł a b o s t k i ,  twe strony  ujem ne, nie dla popraw ienia ciebie, lecz dla 
uspoko jen ia siebie, że oni nie są gorsi od ciebie, że więc tw oje wyrośnięcie 
nie je s t dowodem twej wyższej wartości. A pam iętaj, że w takich w ypad­
kach bystrość wzroku twych współludzi zaostrza się nadzwyczajnie.
N ajdrobniejszą usterkę w twym charakterze, najdrobnie jszą wadę 
odk ry ją  w tobie, choćbyś ją  taił n ajstarann ie j, i wywloką przed „opinję 
publiczną". Ale nietylko wywloką, lecz nadto  rozdm uchają ją  do rozm ia­
rów potw ornych, aby przecie cieszyć się, że znaleźli „plam ę na słońcu". 
Nie je s t to  ich złość, ty lko niewiedza. Są ty lko narzędziam i ślepemi w ręku 
tych mocy niskich, k tó re  spostrzegają , że się im wymykasz i tern usilniej 
walczą o zatrzym anie ciebie w swych pazurach. Pam iętaj tedy, że na nic ci 
się nie zda, gdybyś jak ą  słabostkę, jak ąś  choćby najdrobnie jszą plamkę, 
na duszy zostawił i u n i e w i n n i a ł  ją  przed  sobą, lub chciał u k r y ć  
przed swem sumieniem. W yszperają ją  ludzie niechybnie, wywloką na 
światło i powiększą dziesięciokrotnie. Przypom ną ci naw et grzechy twej 
m łodości, k tó re  może uważasz za odrobione już  dawno. Uzbrój się tedy 
W siłę i wytrwałość, aby ostać się bez drgnienia wobec tych ataków  
z zewsząd, k tó re  będą tow arzyszyły ci już  stale.
Bez w ątpienia nie będzie to  miłe, ale musisz się z tern pogodzić. A p rzy ­
datne ci będzie bardzo, bo gdybyś chciał sam przed sobą u k r y ć  jakąś  
choćby małą niedoskonałość w twym charakterze, w yszperają ją  inni 
i postaw ią ci ją  przed oczy. Zbawienne ci to  będzie bardzo, jako  lekarstw o 
przeciw  zarozum iałości i przeciw  p o b ł a ż l i w o ś c i  dla siebie. A zoba­
czysz dopiero wówczas, ja k  to  trudno  je s t oczyścić się najdokładniej ze
244
wszelkiej próżności, z wysokiego mniemania o sobie. Nieraz powiesz sobie: 
„Czego chcą odem nie? W szakże jestem  już  o tyle wyższy nad nich, że 
żaden mi nie dorówna, a jeszcze im tego  za m ało?“ Gdy tak  powiesz, 
będziesz nie wyższy, lecz niższy od nich; bo oni w i e d z ą ,  że są ułomni, 
a ty nie chcesz tego  przyznać o sobie.
Niedość na tern. Zamiast niechęci za to  do wspólludzi, pozornie całkiem 
słusznej, masz rozwinąć i utrzym ać stale w sobie ju ż  nie wyrozum iałość dla 
nich, nie „przebaczenie“ za „przykrości“, jak ie  tobie w yrządzają „nieza- 
służenie“, lecz miłość i w d z i ę c z n o ś ć .  Bądź im wdzięczny za tę  naukę, 
którą ci dają, za to w ytykanie ci błędów, do jak ich  ty  sam  przed sobą 
przyznać się nie chcesz. Oni pom agają  tobie w oczyszczeniu, ale nie szko­
dzą. Ani się poważ zatem  na uczucie pogardy  lub niechęci do nich, bo 
byłby to  jeden  z najprzykrzejszych  upadków  twoich na ścieżce, z k tó rego  
podniósłbyś się niełatwo. Bierz ludzi takim i, jak im i są, a nie, jakim i ty 
c h c i a ł b y ś  ich mieć; ale siebie zato  kształć tak, abyś był napraw dę takim , 
jakim  siebie chcesz widzieć.
W m iarę twego w stępowania w gó rę  po szczeblach ścieżki o trzym y­
wać będziesz coraz w y ż s z e  uzdolnienia, będziesz poprostu  stawał się 
coraz bardziej nadczlowiekiem . Nie sądź jednak , że te zdolności otrzym asz 
dla siebie. Od zdolnego żąda się w ięcej, niż od mniej uzdolnionego; zasada 
ta obow iązuje nawet w szkołach, nietylko na ścieżce. W szystkie więc uzdol­
nienia wyższe, k tó re  na ścieżce będziesz otrzym ywał kolejno , dane ci będą 
na to, abyś mógł tern w y d a t n i e j  p o m a g a ć  drugim . A jakże  zdo­
łasz im pom agać, jeżeli odsuniesz się od nich z pogardą, lub choćby ty lko 
z urazą ta joną?  Jak  nazwałbyś tę m atkę, k tó ra  dla swoich dzieci m iałaby 
pogardę za to, że mniej w iedzą od niej, lub k tó ra  m iałaby dla nich niechęć 
za to, że spraw iają je j przykrości swą niewiedzą? Nie mów, że bliźni, to 
nie tw oje dzieci, bo właśnie są tw ojem i dziećmi. Masz im być o p i e k u ­
n e m  duchowym, masz ich uczyć i prowadzić, a przedewszystkiem  masz 
im ś w i e c i ć  p r z y k ł a d e m .  Masz każdem u z nich mówić — nie sło ­
wami — lecz przykładem  własnym : „zdołałem  ja  się nieco wznieść i oczyścić, 
to zdołasz i ty; zechciej ty lko“ .
A jakże zdołałbyś im być opiekunem , być im „bratem  starszym “, 
gdybyś ich nie k o c h a ł ?  Zapewne znane ci je s t to  zdanie, niesłychanie 
doniosłe i m ające zastosow anie we wszystkich dziedzinach wiedzy ta jem n e j: 
„Objawić ci się może ty lko  to, co pokochasz; do czego odnosisz się z n ie­
chęcią, tego  n i e  p o z n a s z  n i g d y ,  bo twa niechęć staw ia m ur między 
niem a tobą.“ Do serca ludzi trafisz ty lko sercem, ale nie pogardą. A m u­
sisz pozyskać ich zaufanie, jeżeli masz ich prowadzić. Pom ocy z rąk  wrogich 
nikt nie przyjm ie. To też za m ało byłoby wybaczyć im tylko, że w yciągają 
na jaw  twe błędy ukryte. Musisz im przyznać słuszność i odczuć dla nich 
wdzięczność. Musisz im wpoić przekonanie niezachwiane, że cię to  nie 
dotknęło; że ci nic p rzykrego  nie zrobili —  owszem pom ogli —  że nie 
wpłynęło to  ujem nie na twe dla nich uczucia.
Wówczas sprawdzisz czynem słowa ew angelji: „Kto na ciebie kam ie­
niem, ty na niego chlebem “, bo rozumiesz już, że to  je s t dla ciebie p rzyka­
zanie nie teoretyczne tylko, ale m ające znaczenie praktyczne. W tedy także 
— ale dopiero w tedy — w y t r ą c i s z  b r o ń  z ręki mocom niższym, 
którym ludzie są tylko narzędziam i ślepemi. Gdy to  wyjaw ianie twych
245
błędów ukrytych nie spraw i ci przykrości, nie dotknie dumy urażonej, nie 
natrafi w ogóle na zarozum iałość, lecz owszem na wdzięczność i uznanie, 
wówczas dopiero  stępi się ta  broń, będąca postrachem  dla ludzi zw yczaj­
nych. Przez to  „biczow anie“ m oralne p rzejść musisz, bo wszakże w stępu­
jesz w ślady Chrystusowe. Dalsze stacje  Jego  męki oczekują cię na szcze­
blach wyższych.
Przeszedłszy szczeble przygotow ania, możesz j e s z c z e  z a w r ó -  
c i ć. Możesz zejść jeszcze ze ścieżki i wrócić na tę d rogę szeroką i wygodną, 
k tó rą  bez wielkich wysiłków  stąpa zw olna ogół ludzkości.
Nie jes teś  jeszcze p rzy ję ty  na czeladnika, nie złożyłeś żadnych zobo­
wiązań, w o l n o  c i  zatem  w y s t ą p i ć  ze szkoły. W róciwszy do świata, 
będziesz tam  dzięki przebytem u przygotow aniu  członkiem  społeczeństwa 
niezwykle pożytecznym  i cennym. Rozwinięte dotychczas uzdolnienia po ­
suną cię na odpowiednie stanow isko życiowe. Będziesz naw et miał prawo 
owoce tego  uzdolnienia obracać w części na korzyść osobistą, bo w świecie, 
na jego  drodze szerokiej, nie obow iązują jeszcze praw a Nowego, lecz 
S tarego  Zakonu. Obowiązywać cię będzie ty lko jeden  w arunek: abyś swych 
uzdolnień nie używał na n i c z y j ą  s z k o d ę .  W tedy utraciłbyś je  nie­
uchronnie.
Jeżeli jednak  dorosłeś napraw dę do ścieżki, to  nie zatrzym asz się 
w połowie drogi. Nie odstraszą cię dalsze je j  trudności, nie odstraszy cię 
również przykazanie: „Nic dla siebie, wszystko dla drugich .“ W duszy twej 
coraz jaśn iej świtać będzie ta  praw da, m ało kom u dostępna, że ty lko to, 
co czynisz dla drugich, czynisz napraw dę dla siebie. Przeświadczenie to 
wzmoże tern silniej i umocni twe postanow ienie dojścia tą ścieżką aż do 
szczytu; bo im wyżej będziesz, tern więcej zdołasz czynić dla drugich. 
Zapragniesz zostać świadomym „pom ocnikiem  Pom ocników “, wejść 
u szczytu w te ko ła  Isto t W zniosłych, k tó re  rzeczywiście w ręku swem 
dzierżą l o s y  z i e m i .  I ze zdw ojoną energ ją , z niewyczerpaną w ytrw a­
łością, przystąpisz do upraw y trzech szczebli wyższych.
XII. Dharana.
(Skupianie uwagi.)
Pierwszym  ze szczebli wyższych, a s z ó s t y m  z rzędu w ich szeregu 
ogólnym  na ścieżce, je s t dharana, lub koncen tracja . W iesz już, że ćwiczenia 
zm ierzają  tu  do uzyskania biegłości w skupianiu uwagi na jeden  przedmiot, 
bez odw racania je j przez czas oznaczony na przedm ioty  postronne. Wiesz 
także, że przedm iotem  uw agi nie musi tu  być jakaś  rzecz fizyczna, lecz 
może nim być równie dobrze w rażenie zmysłowe, lub pamięciowe. Uprawą 
p ra tjah a ry  nauczyłeś się w ładać swą uw agą, przyczepiać ją , do czego 
zechcesz i odczepiać swą wolą. W yćwiczyłeś uwagę tak, że bez twej woli 
nie oderw ie się od przedm iotu  obranego  i nie podąży za innym, choćby 
ten inny wywierał naw et niezwykle silne w rażenie na zmysły. Teraz masz 
z tej sprawności twej uwagi k o r z y s t a ć ;  masz je j, ja k  narzędzia p o ­
słusznego, używać do dalszych celów.
Tłumaczenie nazwy dharana przez wyraz „koncen trac ja“ nie je s t ścisłe. 
Trzymanie uwagi na przedm iocie obranym  je s t właśnie skupieniem  je j na
246
nim i to wykształciłeś pratjaharą. Teraz masz tę zdolność skupiania się 
wyzyskać na to, aby nietylko przez czas dowolny utrzym ać uwagę na 
danym przedmiocie, ale i d o w i e d z i e ć  się o nim jak  najw ięcej przez 
takie skupienie.
D harana tedy  je s t już  sposobem  uzyskiwania wiedzy, je s t oświecaniem 
się o własnościach przedm iotów . Źe na te j drodze m ożna uzyskiwać wiedzę
0 przedm iotach, zrozumiesz, gdy wykonasz dwa m ale doświadczenia. Ujm ij 
w rękę szpilkę i ukluj się w drugą rękę tak  lekko, aby ledwie ślad krw i 
się pokazał. Odczujesz ukłucie jako  ból, niewielki zresztą, i na tern zakoń­
czysz doświadczenie. Dowiesz się, że ukłucie je s t bolesne, to  znaczy, do ­
wiesz się tyle, ile z tak iegoż doświadczenia dowie się dziecko, gdy uklu je  
się pierwszy raz w życiu.
P rzejdź teraz do drugiego  doświadczenia. Zwróć uw agę wyłącznie na 
m iejsce ukłute i zatrzym aj ją  na niem przez chwilę. Spostrzeżesz, że prze- 
dewszystkiem ukłucie — niezbyt g łębokie — nie je s t wcale bolesne. Samego 
momentu ukłucia nie odczujesz bynajm niej p rzykro , i tu  ju ż  możesz 
s p r o s t o w a ć  twe doświadczenie dawniejsze, jakoby  ukłucie bolało. 
U trzymując uwagę na m iejscu uklutem , odczujesz, że ból poczyna się p o ja ­
wiać dopiero po chwili, że je s t najw iększy w tedy, gdy krew  wystąpi, i że 
można go rozdzielić na dwa w rażenia odrębne: jedno  w rażenie bolu  szczy­
piącego, a drugie wrażenie, ja k  gdyby w m iejscu ukłucia tkw iło jakieś 
ciało obce, k tó rego  rozm iary s ta ją  się coraz większe. Dalsze skupianie 
uwagi na tern m iejscu nauczyłoby cię jeszcze w ięcej; to , co ci p rzy toczy­
łem, wystarczy jednak , abyś ocenił wyniki, do jak ich  można dojść dharaną. 
Niema tu  nic nadzmyslowego, nic cudow nego. P rostem  skupieniem  uwagi 
przez czas dłuższy dochodzisz do w i e d z y  o wiele w iększej i dok ładn ie j­
szej, niż zdołałbyś ją  uzyskać bez tak iego  skupienia uwagi na przedm iot 
obserwowany.
Oczywiście ćwiczenia dharany nie og ran iczają  się na zmyśle dotyku, 
ani na two jem  ciele. O to słyszysz np. ćw ierkanie p taszka. Zwróciwszy na 
nie uwagę, spostrzeżesz, że p taszek  musi być gdzieś w pobliżu, ocenisz słu­
chem kierunek, z k tó rego  św iergot pochodzi, uznasz je  za donośne lub 
słabe, za mile dla ucha lub przykre. O gółem  pow tórzysz to  samo, co nieraz 
już w życiu zauważyłeś. Teraz jednakże zatrzym aj na tern ćwierkaniu 
uwagę skupioną przez chwilę. Spostrzeżesz, że ćw ierkanie to  składa się 
z kilku dźwięków różnej wysokości, że są przerw y m iędzy poszczególnem i 
ćwierknięciami, i że p taszek  c o ś  m ó w i  tym  swoim językiem , że je s t to  
coś więcej niż św iergot dla twej przyjem ności lub przykrości, jak  może 
go osądzałeś dotychczas. W słuchując się z uwagą najw iększą, zaczniesz 
w s p ó ł c z u ć  z ptaszkiem  do pew nego stopnia. W  duszy twej zaczną się 
budzić u c z u c i a  pokrew ne tym , jak ie  p taszka skłoniły do ćwierkania. 
Odczujesz coś jak  przestrach, może ja k  ból, lub znowu, ja k  radość i zado ­
wolenie. Dowiesz się, co p taszek  w yraża swym św iergotem : zaczniesz rozu­
mieć jego  mowę, a tego  byś bez dharany  nie zdołał.
Inny przykład. Rzuć okiem  na krzesło, s to jące obok ciebie. P rzy ­
glądnąwszy się mu z uw agą, spostrzeżesz, że je s t drewniane, politurow ane, 
dobrze zachowane mimo używania, że sporządzone je s t z drzewa tw ardego
1 bardzo trw ale zbudowane. W ydaje ci się, że już  więcej nic ponad  to  nie
247
zdołasz spostrzec, choćbyś uwagę wytężał przez godzinę. Spróbuj jednak  
utrzym ać na niem nadal uwagę skupioną. O to widzisz już coś nowego. 
Oparcie dla pleców je s t szczególnie mocno w ytarte , a nogi przednie są 
zarysowane, jakgdyby  posiekane. Zniszczył je  tak  człowiek, k tóry  w niem 
często siadywał. Nie je s t to  więc krzesło, używane przy pracy spoko jnej 
i skupionej, lecz albo w jadalni, albo w poko ju  dziecięcym. Na krawędzi 
k rzesła są nadto  ślady zacięcia nożykiem ; krzesło zatem  stało widocznie 
w poko ju  dziecinnym, i to  w poko ju  chłopczyka. O to wiesz już z n a c z ­
n i e  w i ę c e j  o tern krześle, niż poprzednio ; gdybyś przedłużył skupianie 
uwagi na niem, dowiedziałbyś się jeszcze nowych szczegółów. Nie sądź 
jednak , że taka  dharana je s t dla ciebie bez wartości, a po trzebna byłaby 
co najw yżej agentom  policji śledczej. Sherlock Holmes upraw iał właśnie 
dharanę i d latego  m ógł wyśledzić szczegóły innym niezbadane. Dla ciebie 
zaś taka  dharana, upraw iana na przedm iotach „m artw ych“, p rzydatna jest 
nie jak o  cel, lecz jako  ś r o d e k ,  jako  ćwiczenie w zastosowywaniu sku­
piania uwagi.
Dalszy przykład. Masz na stole przed  sobą kw iat bzu we flakonie. 
P rzyg ląda jąc  mu się z uwagą, spostrzeżesz, że ma miłą barwę fiołkową, 
że w idocznie niedawno zerwany, bo nie widać śladów więdnięcia, że n iektóre 
kw iatki są jeszcze zam knięte w pączkach, a inne już  w pełni rozkwitłe. 
Spostrzeżesz ponadto , że ubarw ienie nie u wszystkich je s t jednakie; nie­
k tó re  bowiem kw iateczki są jaśn iejsze od innych, i spostrzeżesz, że każdy 
ma cztery p łatki, a ty lko bardzo  rzadko napo tkasz pięć p łatków  lub więcej.
Teraz zastosuj dharanę, to  znaczy u trzym uj nadal uwagę skupioną. 
O to poczynasz już  odróżniać kw iateczki s t a r s z e  o d  ś w i e ż o  roz­
kwitłych, bo starsze są jaśn iejsze ubarw ieniem , poprostu  „siw ieją“. Ponadto 
barw a ich je s t więcej matowa, u świeżych natom iast błyszcząca. Patrząc 
dalej z uwagą, widzisz, że nie je s t to  „błyszczenie“, k tó re kw iatkom  świe­
żym nadaje  tę świetność; w yglądają raczej, jakgdyby  były w ilgotne. Ale 
nie je s t to  i wilgoć, co możesz sprawdzić dotykiem . Nam yślając się, jak  
to  określić, zm niejszasz na chwilkę natężenie wzroku, i o to  zauważasz coś, 
co zrazu bierzesz za znużenie oczu: kw iatki powleczone są m g ł ą  j a ś n i e ­
j ą c ą .  Jednak  to  nie halucynacja, bo kw iateczki starsze widzisz wyraźnie, 
a kon tu ry  świeższych rozw iew ają się w pewną puszystość. O to doszedłeś 
dharaną do pierwszych spostrzeżeń aury  eterycznej kwiatów, ich poświaty.
Z tych kilku przykładów  zdołasz ju ż  utw orzyć sobie pojęcie o kierunku, 
w jak im  m ają iść tw o je  ćwiczenia w dharanie. Pojm iesz także, że up ra ­
wiać je  możesz wszędzie i zawsze; nie po trzeba ci do nich ani przedm iotów  
szczególnych, ani godzin odrębnych, bo sposobności do ćwiczeń znajdziesz 
codzień i w każdych w arunkach otoczenia. Każdy przedm iot u jrzany , każdy 
dźwięk zasłyszany, każde w rażenie odczute dostarczy ci takich sposobności.
Nie sądź jednak , jakoby  dharana nakazyw ała posługiwanie się k o ­
niecznie jednym  ty lko  zmysłem. W p ra tjah a rze  nauczyłeś się wyłączać 
i włączać dowolnie różne „stac je  te lefoniczne“ ; te raz  stosuj zatem tę um ie­
jętność. Im w i ę c e j  z m y s ł ó w ,  naraz lub ko le jno , zwrócisz na p rzed ­
m iot badany, tern rozleg lejszą wiedzę o nim uzyskasz. Obserwując kwiat, 
nietylko zwróć nań wzrok, lecz także dotknij go, powąchaj, nawet posm a­
ku j. Zebrawszy w ten  sposób ja k  najw ięcej w rażeń od przedm iotu, zwróć 
uwagę na działanie tych w rażeń w t w e j  d u s z y ,  a dowiesz się jeszcze
24»
czegoś w ięcej. Dowiesz się, jak ie  wrażenie wywiera dany przedm iot ju ż  
nietylko na twe zmysły fizyczne, lecz nadto  na twe zmysły wewnętrzne, 
na „kw iaty lo tosu“ . Zaczniesz ten  przedm iot nietylko widzieć, słyszeć, 
wąchać, smakować, lecz także odczuwać jego  działanie na twe w n ę t r z e .  
Odczuwanie to  będzie zrazu słabe i niewyraźne, w m iarę ćwiczeń jednak  
zyska na wyrazistości i natężeniu.
To je s t już  stopień wyższy w upraw ie dharany. Sposobności do ćwi­
czeń takich znajdziesz w twem otoczeniu poddostatk iem  o każdej porze, 
bez odryw ania się od obowiązków i za jęć codziennych. N iektóre z tych 
ćwiczeń poleca upraw iać już  w okresie przygotow ania dr. R. S teiner (O); 
przytoczę ci tu ta j jego  wskazówki: „Zw racając często uwagę na objaw y 
rozkwitu i dojrzew ania, dozna się wrażenie, k tó re  m ożnaby w oddaleniu 
porównać do wrażenia przy wschodzie słońca. N atom iast ob jaw y więdnię­
cia i obum ierania wyw ołują uczucia, podobne nieco do w rażeń, jak ie  w y­
wiera widok księżyca, wschodzącego zw olna na w idnokręgu. Oba te odczu­
cia są to  dwie siły, k tó re, rozw ijane coraz żywiej, prow adzą do najw ięk ­
szych wyników tajem nych. Należy naprzód oglądnąć przedm ioty  ja k  n a j­
dokładniej, a dopiero  potem  poddać się uczuciu, w duszy pow stającem u“ . 
Nie zrażaj się tern, jeżeli uczucia podobne nie pojaw ią się już  zaraz przy 
pierwszych próbach, a tern usilniej w ystrzegaj się wmawiania ich sobie. 
Pojaw ią się niechybnie przy  cierpliwości i wytrwałości w pow tarzaniu  ćwi­
czeń ciągle na nowo. Gdybyś zaś suggerow ał je  sobie, zam iast odczuwać 
je naprawdę, zam knąłbyś sobie możność odczucia ich w ogóle w przyszłości.
Jeżeli ćwiczenia powyższe upraw iać zdołasz z powodzeniem , możesz 
dołączyć do nich po  pewnym czasie dharanę, skierow aną na przedm ioty 
n a d  z m y s ł  o w e , np. narządy w twem ciele eterycznem . Tu już  jednak  
musisz wybrać porę odpowiednią i otoczenie, a więc ciszę i ciemność lub 
przynajm niej półcień. Ułóż ciało wygodnie, jakgdyby  do ćwiczeń odde­
chowych, wzbudź w sobie nastró j spoko jny  i wyłącz od działania wszystkie 
zmysły fizyczne. Następnie zwróć uwagę na j e d e n  p u n k t  ciała, k tó ry  
wybierzesz sobie dowolnie, ale określisz ściśle jeg o  położenie, np. palec 
wielki u lewej nogi. Umieść w tym  palcu uw agę tak  wytężoną, abyś nic 
zresztą nie czul, nie słyszał i nie widział. P rzez chwilę nie będziesz w nim 
czuł nic więcej, ja k  ty lko ciepłotę wzmożoną. W ywoła ją  p r a n a ,  nap ły ­
wająca raźnej w ten palec pod naciskiem  twej uwagi. Później jednak  zdo­
łasz odczuć coś w ięcej: zauważysz, że tw o ja  wrażliwość dotykow a p rze­
niosła się z całego ciała w ten punkt, w ten palec. Gdy teraz  nogą, chociaż 
jest osłonięta obuwiem, dotkniesz krawędzi łóżka lub krzesła, odczujesz to 
dotknięcie niezwykle wyraźnie, naw et boleśnie.
Jeżeli zdołasz skupienie uwagi wytężonej utrzym ać jeszcze dłużej, 
zauważysz zjaw iska tern bardziej niezwykłe; naw et w pierwszej chwili nie 
uwierzysz w ich rzeczywistość. O to wrażliwość dotykow a z całego ciała 
twojego przeniosła się niety lko w ten  jeden  palec u nogi, ale nadto  ro z ­
przestrzeniła się nad nim w p o w i e t r z u .  Cały palec je s t jakgdyby  o to ­
czony warstewką wrażliwości, unoszącą się nad nim wokoło. Odczuwasz 
wyraźnie nietylko obuwie, ale naw et pobliski m aterja ł łóżka lub pokrycie 
sofy, jakkolw iek palec ich nie dotyka. Na tern zakończ doświadczenie, gdyż 
prowadzenie go dalej m ogłoby mieć dla ciebie na tym stopniu  następstw a 
niepożądane, z k tórem i nie um iałbyś sobie poradzić. Rzecz prosta , że za
244
pierwszą próbą nie dojdziesz do żadnego wyniku, - lecz musisz ćwiczenia 
pow tarzać.
Ćwiczenie to  p rzygo tu je  cię do następnego, prowadzącego już do w ra­
żeń zupełnie nadzmysłowych; jednak  bez uzyskania wyników w tern ćw i­
czeniu przygotow aw czem  nie przechodź do dalszego. Rzecz prosta, że 
punkty  ciała na te ćwiczenia możesz —  a naw et powinieneś — obierać do ­
wolnie, coraz to  inne; strzeż się jednak  przedłużać ćwiczenia ponad m iarę. 
W ystarczy tu  3—5 minut, po  k tórych  przerw ij ćwiczenia, choćbyś jeszcze 
nie doszedł do żadnego wyniku. Zapam iętaj sobie ponadto , że ćwiczenia 
tego  rodzaju  nie należą do obowiązkowych; od twej woli wyłącznie zawisło, 
czy zechcesz ich w ogóle próbować. Bez nich dojdziesz taksam o dobrze do 
szczebli wyższych, podobnie, ja k  i bez ćwiczeń oddechowych, przytoczo­
nych w pranajam ie, możesz bez trudności do jść do szczebli następnych. 
Są to  ty lko jakgdyby  „przedm ioty  nadobow iązkow e“ w nauce szkolnej; 
można i bez nich uzyskać dobre świadectwo, a służą ty lko  dla tych, k tórzy 
do nich m ają ochotę i zamiłowanie.
Podobnież nadobow iązkowe je s t i ćwiczenie następne, k tó re  ci teraz 
opiszę. Odwróć — ja k  w ćwiczeniu poprzedniem  — uwagę od wszystkich 
zmysłów, a skieruj ją  na jedną z padm  w twem ciele e t e r y c z n e  m, 
np. padm ę obok serca. S taraj się z calem skupieniem  uwagi w c z u ć  s i ę  
w ten  punk t jeden , chociaż nie zdołasz na razie naw et określić jego  po ło ­
żenia. Po  kilku próbach bezowocnych odczujesz w yraźniej tę padm ę i zdo­
łasz ju ż  dokładnie określić, gdzie ona się znajdu je . Będzie to  uczucie — 
gdy go  pierwszy raz doznasz — tak  najzupełniej nowe i obce wszystkim ci 
znanym, że m ożnaby je  porów nać chyba do uczucia kobiety, k tó ra  pierwszy 
raz ma zostać m atką, i uczuje wew nątrz ciała pierwsze ruchy przyszłego 
dziecięcia. Nie są to  jednak  ruchy fizyczne w tym wypadku, a mimo to 
odczujesz je  wyraźnie w pewnym o k r e ś l o n y m  punkcie ciała fizycz­
nego. Tylko co do głębokości, w jak ie j ten punk t leży pod powierzchnią 
ciała, nie zdołasz uświadomić sobie nic określonego. Już to  będzie ci się 
wydawało, że ten punkt poruszający  leży tuż pod skórą, ju ż to  znów, że 
znacznie g łębiej, niemal przy samem sercu (jeżeli obrałeś padm ę dwunasto- 
p łatkow ą).
Zauważysz ponadto , że nie je s t to  punkcik mały, lecz coś, co zajm uje 
dość znaczną przestrzeń, jakko lw iek  rozm iarów  je j również określić nie 
zdołasz. Dużo ju ż  osiągniesz, jeżeli dojdziesz do uświadomienia sobie, 
j a k i e g o  r o d z a j u  ruch odbywa się w tym  narządzie. Nie śpiesz się 
jednak  ze sugerow aniem  sobie, jakobyś odczuwał ruch obrotowy, bo 
uczucia te byw ają bardzo  różne indywidualnie. Zauważysz tylko, że jest 
to  ruch w całkiem  innym rodzaju , niż ruch serca fizycznego. W  sposób 
podobny możesz próbow ać dharany na innych twych padmach. Gdy ćwi­
czenia te będziesz upraw iał wytrwale, do jść możesz później także do widze­
nia tych padm  w ich barw ach i światłach, a w tedy zobaczysz także wyraźnie 
rodzaj ich ruchów.
U praw iając takie ćwiczenia, nie zapom inaj ani na chwilę, że potrzeba 
tu  w y t r w a ł o ś c i  i c i e r p l i w o ś c i  nadzw yczajnej. Bardzo mo- 
żebne, że mimo długiego pow tarzania tych ćwiczeń nie spostrzeżesz w yni­
ków żadnych pozorn ie; możebne także, że spostrzeżesz całkiem inne, niż 
sobie wyobrażałeś. A błędnem  byłoby, gdybyś sobie już naprzód urabiał
250
jakiekolw iek wyobrażenie, ja k  te wyniki m ają wyglądać, bo naginałbyś 
potem ćwiczenia do tego  tw ego w yobrażenia, k tó re  oczywiście różnić się 
będzie od rzeczywistości. Wiesz już, że na ścieżce w ystrzegać się masz 
mniemań z g ó r y  p o w z i ę t y c h ,  na niczem faktycznem  nie opartych, 
a więc i tu  tern bardziej w ystrzegaj się w yobrażania sobie ju ż  naprzód, 
jaki ma być wynik. Upraw iaj ty lko ćwiczenia z całą cierpliwością i w ytrw a­
łością, na jak ą  możesz się zdobyć, upraw iaj je  dla samych ćwiczeń, nie dla 
wyniku. W ynik pojaw i się niechybnie, chociaż nie właśnie w tedy, kiedy 
tobie się zdaje , że już  pow inien się pojaw ić. M asz przed sobą conajm niej 
siedm la t czasu, a może i czternaście, jeżeli w pierwszych siedmiu nie 
będziesz miał dość wytrwałości.
Niech cię jednak  ten  szereg  la t nie przeraża, ani nie zniechęca. Nie mów 
sobie: „Jeżeli mam tak  długo czekać na wyniki, to  może mi i życia nie 
starczyć na ich osiągnięcie“ . P rzedew szystkiem  zważ, że pracujesz n i e 
d l a  w y n i k ó w ,  ty lko dla p racy  sam e j; pow tóre zważ, że masz przed 
sobą nietylko ten jeden  żywot, ale cały szereg  następnych. Nie znaczy to, 
jakobyś w twem wcieleniu teraźniejszem  nie miał dojść w ogóle do żad­
nych wyników. Zależy to  jedynie i wyłącznie od ciebie, od twej cierpliwości 
i wytrwałości. Nie ma tu także wpływu żadnego w iek tw ój, choćbyś już  
miał m łodość dawno poza sobą. Bywa często, że dopiero  u schyłku życia 
odbywa się w człowieku przem iana pojęć, dawniej m aterjalistycznych, na 
wprost przeciwne, i w następstw ie tego  zw rot ku „ścieżce“ . Ludzie tacy 
zostają potem  najdzielniejszym i czeladnikam i, bo nie m ają  już  utrudnień 
na ścieżce ze strony  żądz cielesnych, ambicji, przyw iązania do życia i t. p., 
łatwiej zatem  m ogą przebiec szczeble przygotow ania, zdać n ie jako  odrazu 
egzamin do klasy wyższej, zwłaszcza, że życie samo m ogło być dla nich 
wyśmienitą szkołą przygotow aw czą.
Oto, co mówi o sobie Leadbeater (H. 469, I): „Osobiście nie czyniłem 
żadnych wysiłków, sądząc, że nie mam odpow iedniego ciała eterycznego, 
aż raz wskazał mi M istrz pewną m edytację, k tó ra  może do wyników  p row a­
dzić. Uprawiałem  ją  w prak tyce i u jrza łem  powodzenie... Nie słyszałem  
nigdy, jakoby  istniała tu  jak a  granica w ieku.“ Zwróć tu  uw agę na trzy  
rzeczy: niema granicy wieku, nie po trzeba niczego więcej prócz m e d y ­
t a c j i  odpow iedniej, i spraw a jakości ciała eterycznego. Dwie pierwsze 
pojąłeś już zapewne, a co do trzeciej, to  zważ, że gdybyś nie miał odpo ­
wiedniego ciała eterycznego, nie odczułbyś, że właściwą dla ciebie jes t 
„ścieżka“ ; wówczas o wiele lepszą wydałaby ci się np. h a th a jog a  i poszedł­
byś w je j kierunku.
Teraz podam  ci ćwiczenie, w skazane przez W. Judge 'a , a tak  zbawienne, 
że musisz je  wliczyć do twych ćwiczeń obowiązkowych, i to  codziennych. 
Zapewne nawykłeś już  do tego  na stopniu  przygotow awczym , aby codzień 
wieczorem odbywać k ró tk i „rachunek sum ienia“ , p rzeglądać i osądzać 
swe postępki, uczucia i myśli, jak ie  m iałeś przez dzień cały. W iesz już 
także, że w tym  rachunku sum ienia mniej zależy na tern, abyś wszystkie 
swe zdarzenia dzienne przyw iódł sobie na pamięć, ja k  raczej na tern, abyś 
wobec nich zajął p o s t a w ę  odpowiednią. Masz na swe postępki, słowa 
i myśli patrzeć tak  i osądzać je  tak , jakgdybyś to  n i e  t y  je  zdziałał, 
lecz ktoś drugi. P rzez to  oceniasz je  o wiele bezstronniej.
251
Otóż ten codzienny — a pow inien to  być codzienny — rachunek sum ie­
nia połącz z ćwiczeniem następującem : Zamiast ten  przegląd odbywać 
w zwykły sposób, idąc od po ranka do południa i wieczora, odwróć ten 
porządek, dla ludzi zwykłych „norm alny“ . Zacznij od wieczora; od tego , 
co czyniłeś lub myślałeś przed  chwilą, i w racaj myślą wstecz do zdarzeń 
coraz wcześniejszych. Zamiast tedy u jąć  myślą jedno  zdarzenie i p rzypo­
m inać sobie, co było potem , idź w kierunku przeciwnym i przywiedź sobie 
na pamięć, co było przedtem , i co jeszcze wcześniej. W  ten  sposób p rze­
biegnij myślą dzień miniony, ale wstecz, od w ieczora przez południe do 
poranka.
Nie idzie tu  o to, abyś k a ż d e  bez w yjątku  zdarzenie, każdą myśl 
i każde słowo sobie przypom niał, lecz o to , abyś utrzymywał uwagę na 
tym  jednym  łańcuchu myślowym, k tó rego  ogniwami są obrazy pamięciowe, 
ułożone w porządku zależnym  od twej woli. Masz przypom inać sobie zda­
rzenia dzienne, ale nie w tym porządku, w jak im  następow ały po sobie, 
ty lko w odw rotnym . B rak ci tu  tego  środka pom ocniczego, jakim  jest 
w życiu zwykłem  łączenie zdarzeń przyczynowo; nie układasz ich tak, jak  
jedno  z d rug iego  wypływało, lecz przeciwnie: naprzód przyjdzie ci przed 
oczy skutek, a potem  dopiero  przyczyna. Musisz zatem  silniej wytężyć 
wolę dła u trzym ania uwagi na takim  odwróconym  łańcuchu zdarzeń.
A korzyść z tego  je s t tro jaka . Przedewszystkiem  uczysz się oceniać 
zdarzenia same dla siebie, bez wchodzenia w p r z y c z y n y ,  k tó re  je  
spowodowały, a to  je s t ocena o wiele bezstronniejsza. Weź taki prosty 
wypadek, jak  ten, że np. rano miałeś się z kimś widzieć we wspólnej sp ra ­
wie, lecz ów k toś nie przyszedł na m iejsce umówione. W zburzyło cię to, 
posłałeś po niego, czekałeś aż przyjdzie, a potem  powiedziałeś mu kilka 
słów cierpkich. Rozm yślając wieczorem  o dniu minionym, dochodzisz 
naprzód  do tych słów cierpkich, i widzisz, że one były n i e g o d n e  cie­
bie, jako  ucznia ta jem nego. Gdybyś zaczął rozmyślanie od zdarzeń p o ran ­
nych, wzburzyłbyś się na nowo przypom nieniem  sobie ow ego niem iłego 
oczekiwania na tego  d rugiego  i doszedłszy potem  pamięcią do swych słów 
cierpkich, uznałbyś je  za słuszne. O tóż masz sposób patrzen ia bezstron- 
n iejszego  na swe postępki.
Dalsza korzyść tkwi w tern, że uczysz się myśleć o b r a z o w o .  Gdy­
byś ten  rachunek sumienia odbywał w zwykły sposób, myślałbyś raczej 
słowami, niż obrazam i. M ówiłbyś sobie w myśli: „Nie przyszedł, czekam, 
posyłam , mówię mu słowa p raw dy“ i t. d., bo tu  jedno  wypływa z d ru­
giego, ja k  przyczyna i skutek. Ale myśląc wstecz, masz przed sobą tylko 
np. owe słowa cierpkie bez ich przyczyny; aby je  sobie przypomnieć wy­
raźnie, musisz w pamięci odtw orzyć sobie obraz sytuacji. Stoisz naprzeciw 
niego i mówisz doń z wyrzutem . Do przypom nienia sobie te j sceny po ­
trzeba ci je j o b r a z u ,  nie słów. A właśnie o to  tworzenie obrazów  pam ię­
ciowych tu  idzie. P rzeb iegając wspomnieniam i dzień ubiegły od wieczora 
wstecz do poranka, masz s i e b i e  w i d z i e ć  we wspomnieniach tak  
wyraźnie, ja k  w zwierciedle lub w kinem atografie . Masz patrzeć na zda­
rzenia tak, ja k  patrzy łbyś na zdjęcie k inem atograficzne, puszczone w bieg 
odwrotny, od końca do początku. Nie pom ija j tu  naw et szczegółów tak 
drobnych pozornie, ja k  np. ten, że w racając do domu wieczorem, szedłeś 
po schodach. O tóż musisz tu  widzieć siebie naprzód przy drzwiach mieszka-
252
ma, potem  wychodzącego przez nie tyłem  i tyłem  zstępującego po scho­
dach nadół (w rzeczywistości szedłeś po nich w górę). Podobnież, p rzypo ­
minając sobie d rogę do miasta. A zawsze masz widzieć siebie, jakgdyby  
drugą osobę, na k tó rą  patrzysz.
Trzecią korzyścią je s t samo to odwracanie kolejności, n iejako  „odw ra­
canie czasu". W drażając siebie w ten sposób w przebieganie myślą w y­
padków od najpóźniejszych wstecz do coraz wcześniejszych, p rzygo to ­
wujesz sobie g run t do myślenia astra lnego , k tó re  później będzie ci niezbęd­
nie potrzebne. Gdy zaczniesz wchodzić świadomie na równię astralną, nie 
zorjentow ałbyś się w je j  zdarzeniach i brałbyś przyczyny na skutki, gdybyś 
zachował ziemski sposób myślenia. Przykładów  te j „odw rotności czasu“ 
w świecie astralnym  dostarczą ci sny właśnie.
O to np. śni ci się, że wchodzi do tw ego poko ju  zbójca, aby cię zam or­
dować. Bronisz się rozpaczliwie, ale on cię zwycięża i zbliska pali do ciebie 
z rewolweru. Słyszysz huk; ból w sercu i u tra tę  stopniową życia odczuwasz 
wyraźnie i... budzisz się. D ram at to  zbudowany na pozór całkiem  logicznie, 
bo wszystko następuje ko le jno  jak o  przyczyna i skutek; a jednak  w rze­
czywistości rzecz miała się w prost przeciwnie. Zbudziłeś się z tego  powodu, 
że poprzednio obróciłeś się we śnie na lewy bok i naciskałeś silnie na serce. 
Ten ucisk skłonił twe ciało do ruchów mimowolnych, przy k tórych  p o trą ­
ciłeś krzesło. Stuknięcie krzesła wywołało tw oje sny o w ystrzale z rew ol­
weru i o zabójcy. A więc naprzód był ból serca, później stuknięcie, a jeszcze 
później dokom ponow ałeś sobie obraz zabójcy. Zbudziwszy się, odwracasz 
ten porządek zdarzeń na w prost przeciwny faktycznem u.
Rozumiesz teraz całą doniosłość tego  „przeglądu  w stecznego“ (Rück­
schau) przy osądzaniu sumieniem twych postępków  codziennych i wiesz, co 
w nim je s t rzeczą istotną. Nie idzie zatem  o to, abyś w tym przeglądzie 
wstecznym n i e  p o m i n ą ł  jak iegoś zdarzenia drobnego, jak iegoś s ło ­
wa nieznaczącego lub myśli, ale o to, abyś ten przeg ląd  odbywał w po ­
rządku rzeczywiście wstecznym, od końca do początku, i abyś siebie w nim 
widział obrazowo, nie opow iadał o sobie myślowo. Nie idzie także o to, 
abyś koniecznie do tarł tym  przeglądem  aż do zdarzeń porannych; wystar- 
czy, gdy dojdziesz do południa, a naw et mniej jeszcze. Celem tego  ćwi­
czenia je s t nadanie myślom nowego kierunku i nowej jakości. Masz uzy­
skać wprawę w układaniu porządku  zdarzeń wspom inanych według twej 
woli, ale nie według tego  porządku, w jak im  następow ały  po sobie. Ten 
porządek „norm alny“ je s t niezawisły od ciebie, je s t ci narzucony rzeczy­
wistością zewnętrzną, a ty  masz być wolny od tego . Ponadto  potrzebna 
ci jest niezbędnie ja k  najw iększa w y r a z i s t o ś ć  o b r a z ó w  pam ię­
ciowych, a do czego ci je s t po trzebną, zrozum iesz w rozdziale następnym . 
Tutaj już zdołasz ocenić w artość przeglądu  wstecznego dla bezstronności 
twego rachunku sumienia. Będziesz ju ż  inaczej patrzy ł na twe postępki, 
słowa i myśli, będziesz je  oceniał bezstronniej, bo sąd twój nie zmąci się 
tak silnie, jak  dotychczas, uczuciami i pobudkam i pozornie logicznemi.
253
Dr. Juljati Ochorowicz
prze  :ład J. Dunlnowej
O sugestji myślowej
R o z d z i a ł  II.
Przypuszczalna sugestia myślowa.
Takie by ły  moje poglądy i wątpliwości, gdy w  roku 1884 otrzymałem 
z Nicei list od jednego z wybitniejszych lekarzy. Oto urywek z owego listu:
„P rzedstaw iono  m i dziś in te ligen tnego  i w ykształconego, m łodego człowieka 
w w ieku  la t 24, k tó ry  zao fiarow ał m i swoje u s ług i jako  m edjum . P rag n ą ł zrobić 
ze m n ą  k ilk a  eksperym entów , poniew aż w ierzy ł w sw ą w ie lką  sensytyw ność na 
sugestję  m yślow ą, n aw e t w  s tan ie  zupełnej św iadom ości.
„Jest on lu n a ty k iem  od dzieciństw a, rów nie jak  jego m a tk a  i k ilk a  osób 
z rodziny.
„Dziś jeszcze zrob iłem  z n im  dośw iadczenia n as tępu jące : w yobraziłem  sobie, 
że w idzę p ta k a  fruw ającego  w poko ju  i gdy u ją łem  rękę m łodego człowieka, 
u jrz a ł go rów nież la ta jącego  w tych  sam ych  k ie ru n k ach , w jak ich  sobie w yobra­
ziłem . (Pozatem  w idzia ł p rzedm io ty  nie w ich n a tu ra ln y ch  kolorach, lecz w b a r­
w ach, jak ie  m yślowo m u  podsunąłem .)
„C iekaw y był jeszcze ten  szczegół, że ca ła  lew a połow a jego c ia ła  lepiej i ży­
wiej odczuw ała m n ie  niźli p raw a.
„Moje m ed jum  je st n ap raw dę  ciekawe...“
„A. B a r  e t y . “
Osobiście nie byłem  wielce przejęty tym  listem. Opis doświadczeń był 
bardzo pobieżny i daw ał pole do różnych podejrzeń.
Jednakże w  kilka tygodni potem otrzymałem  drugi list od tegoż doktora. 
Tym razem list zainteresował mnie bardziej, gdyż był znacznie więcej 
szczegółowy.
P rzytaczam  część treści tego listu.
„Od czasu osta tn iego  mego lis tu  m ia łem  sposobność p rzeprow adzen ia  k ilku  
c iekaw ych  eksperym entów  z tym  sam ym  m łodym  człow iekiem , o k tó rym  już 
p an u  donosiłem . P rzychodzi te raz  do m nie w  tow arzystw ie  m agnetyzera.
M am  na  b iu rk u  dw ie s ta tu e tk i:  jedna  z bronzu, d ru g a  z kości słoniowej. 
Postaw iłem  je  koło siebie, w  odległości 8—10 cm  i zw róciłem  się do m ed jum  ze 
słow am i: „Jak iego  ko lo ru  są  te dw ie f ig u rk i? “ O dpow iedział m i n a  to, że jedna 
je s t c iem na, a d ru g a  b ia ła . W tedy  położyłem  lew ą m o ją  rękę n a  jego ręce p ra ­
wej i zapy ta łem , czy nie zauw aża czegoś szczególnego w owych figu rkach?  Jedno­
cześnie w yobraziłem  sobie, że b ia ła  f ig u rk a  p rzesz ła  n a  s tronę  figu rk i bronzowej. 
Po k ilk u  m in u tach  m ed jum  oświadczyło, że w idzi jak  b ia ła  f ig u rk a  podchodzi 
do ciem nej i u s taw ia  się po je j d rug ie j stron ie .
„To by łe w ięcej niż się spodziew ałem .
„Nie rob iąc  żadnych  gestów  w yobraziłem  sobie, że figu rk i rob ią  się coraz 
m niejsze. Po chw ili m ed jum  zaczęło m i opow iadać, że w idzi jak  figu rk i się 
zm n ie jsza ją  i w reszcie dochodzą do w ielkości łebka  szpilk i. Były to s ta tu e tk i n a  
12 cm  w ysokie. Z acząłem  więc w yobrażać sobie znowu, że figu rk i się zw iększają, 
a potem , że pow raca ją  do daw nej no rm alne j w ielkości. Bez m ych zapy tań  m e­
d jum  sam o zaczęło m i opow iadać to, co w idzi — i znów w idziało  to, co m y ś la ­
łem...1“
Przeryw am  w  tern miejscu opis seansu, gdyż chcę zrobić kilka uwag 
i zastrzeżeń. Przyznaję, że to doświadczenie było  ciekawsze, poważniejsze, 
niż poprzednie, ale niedostatecznie jasne, aby coś konkretnego można było 
o tern powiedzieć. Przedewszystkiem  medjum było uprzedzone, że coś się ma
254
stać niezwykłego z figurkami. P róby zmiany kolorów już na poprzednim sean­
sie były dokonywane — a w ięc zmiana miejsc była łatw a do przewidzenia. 
Dalej — że zmalały, możliwe że medjum odgadło, a najbliższe skojarzenie 
wyobrażeń podsuwało odwrotne działanie — czyli powiększanie się figurek... 
wkońcu powrót do normalnej ich wielkości. Tak jak pomysły najkrótszą drogą 
przychodziły do głowy eksperymentatora, mogły przyjść na myśl i medjum.
Pozatem  nie słyszałem  dialogu prowadzonego między niemi, a rozmowa 
ta mogła nasuwać wiele domysłów, w ytw arzać pewne asocjacje, czyli ś r o ­
d o w i s k o  p s y c h i c z n e ,  ułatwiające osiągnięcie powodzenia.
W tym  duchu napisałem do dr. Barety, precyzując mu moje przypuszcze­
nia, a które on uznał za zupełnie podstawowe i realne.
A teraz powracam do listu:
„N astępne dośw iadczenie pośw ięcone było odna jdyw an iu  schow anych  p rzed ­
miotów.
M edjum  odwróciło głowę, a ja  schow ałem  w praw ej ręce figu rkę  z kości sło­
niowej i rękę  tę oparłem  na  biodrze, poczem  kaza łem  m ed jum  odw rócić się i po­
patrzeć  n a  s ta tu e tk i. Nie w idząc żadnego zdziw ien ia n a  jego tw arzy , spy ta łem  
czy w idzi obydwie s ta tu e tk i. Ku m ojem u zdziw ien iu  o trzym ałem  odpowiedź 
tw ierdzącą. K azałem  więc m u  wziąć do ręk i b ia łą  s ta tu e tk ę . W yciągnął rękę, 
jakby  chciał ją  wziąć i obejrzeć — i dopiero w tym  m om encie zdziw ienie u k a ­
zało się n a  jego tw arzy. Zaczął po ruszać pa lcam i i p rzyg lądać  się im  jakby  
w idział, że coś u la tn ia  się i znika, pozostaw ia jąc  po sobie ty lko  jak iś  cień — 
widmo.
Z apy tałem  go w tedy: „co się s ta ło  z f ig u rk ą ? “ W  odpow iedzi zw rócił n a  m nie 
Wżrok, chw ilę popatrza ł i w skaza ł n a  m o ją  p raw ą  rękę : „Ona je s t tam ".
Uwaga: Do tej pory nie widzę nic godnego uwagi, ponieważ zaciśnięta 
pięść doktora i niezwykła jej pozycja mogły dać do myślenia medjum, że 
właśnie tam znajduje się figurka. Ale czytajmy dalej.
„Poprosiłem  m edjum , aby odwróciło się zupełn ie  ty łem  do m n ie  i p rędz iu tko  
schowałem  s ta tu e tk ę  do k ieszeni w k am ize lc e ,. . .  (ja uw ażam , że odw rócenie 
się nie je s t w y sta rcza jącą  gw aranc ją , aby nie robić spostrzeżeń, choćby się było 
w najda lszym  kącie pokoju); po tem  zac isną łem  rękę  d la  n iepoznak i i oparłem  
ją o biodro, jak  w poprzedn im  eksperym encie , aby zm ylić k a lk u lac je  m ed jum . 
Gdy m u kazałem  odwrócić się i w ziąć w rękę  b ia łą  figu rkę , by łem  zdziw iony 
rucham i jego ręk i, k tó ra  odbyła ca łą  podróż pow ie trzną  w  poszuk iw an iu  figurk i. 
N ajpierw  do tkną ł ręk ą  rogu  sto łu , n a  k tó rym  fig u rk a  s ta ła , po tem  pow iódł ręk ą  
koło mego b iodra i do tkną ł k ieszeni kam ize lk i.
Na zakończenie seansu  pow tórzy łem  poprzednie dośw iadczenie z pow iększa­
niem się i pom nie jszan iem  figu rek  — tym  razem  an i n ie  p a trz ąc  n a  niego, an i 
nie trzym ając  go za rękę. Opisyw ał m i m oje m yśli, ta k  jakby  je w idział. Do­
świadczenie to w ydało m i się bardzo udałe  i p rzekonyw ające: co P an  sądzi 
o tern?"
Tak, to drugie doświadczenie jest ciekawsze i bardziej przekonywujące. 
Niestety, powtórzone po raz drugi w  tych samych warunkach, posiada, jak już 
wyżej wspominałem, znacznie mniejsze wartości doświadczalne. Niemniej 
jednak eksperymenty dra B arety  zainteresowały mnie bardzo, to też zasypy­
wałem doktora pytaniami i prosiłem go, aby te wszystkie szczegóły doświad­
czeń rozpatrywał eksperymentalnie.
Co się tyczy szukania i odnajdywania schowanego przedmiotu, w  czasie 
czego medjum wykonywało ręką tę samą drogę, jaką przebyła figurka 
nie rozumiałem nic i nic o tern powiedzieć nie mogłem. Należałoby tu przepro­
wadzić systematyczne i ścisłe studja. Pan B arety  rozumiał to i w  zupełności 
się z tern zgadzał, ale staw ały  tym studjom na przeszkodzie różne niesprzyja­
255
jące okoliczności. Może być, że jestem pod tym  względem niedowiarkiem, 
ale gdy idzie o skonstatowanie sugestii myślowej, nie ufam nikomu, tylko 
samemu sobie. Nie chcę tu podawać w  podejrzenie św iadectwa innych, którzy 
równie jak ja mogą starać się o zdobycie ścisłych danych, ale bezpośredniość 
zbierania doświadczeń nie da się zastąpić żadnym opisem, choćby najbardziej 
szczegółowym.
To też ogromnie ucieszyłem się wiadomością, którą otrzymałem w miesiąc 
później, że owo medjum w raz ze swym  magnetyzerem  ma zamiar przyjechać 
do Paryża.
Długo namyślałem się, jakie poczynić przygotowania do tych ekspery­
mentów. Porozumiałem się w  tej sprawie z drem Baretym  i pierwszy seans 
urządziłem podług jego programu.
Zacząłem od doświadczeń z hipnoskopem. Dowiodły mi one nadzwy­
czajnej wrażliwości medjum, które dostawało skurczów i zupełnego zaniku 
czucia w  całem ramieniu.
Początkowo chciałem zostaw ić zupełną swobodę działania stałemu magne- 
tyzerowi, do którego medjum było już przyzwyczajone, a eksperymenty, które 
chciałem prowadzić osobiście, zarezerwow ałem  na inne warunki.
Jeśli się chce sprawdzić jakiś fenomen, nie należy przygotowywać odrazu 
warunków najtrudniejszych, któreby komplikowały pojawienie się jego, ponie­
w aż nie znając jeszcze jego natury, łatwo w ytw orzyć sobie można pomiesza­
nie pojęć i wyciągnąć fałszywe wnioski.
Dlatego na wstępie zapytałem  magnetyzera, pana R., czego można spo­
dziewać się po jego medjum. W  odpowiedzi w yrecytow ał mi całą litanję 
fenomenów, dokonanych przez medjum, z których wybrałem  i zanotowałem 
tylko trzy :
1. W yczuwanie sympatji i przyciąganie praw ą stroną, wyczuwanie nie­
chęci i odpychanie stroną lewą; 2. paraliż powodowany na dystans; 3. w y­
szukiwanie schowanych przedmiotów.
— A czy może się Pan spodziewać po swojem medjum bezpośredniej 
transmisji myśli? — spytałem.
Ku wielkiemu memu zdziwieniu zaprzeczył.
— Ależ to jest celem naszych doświadczeń!
— Możemy spróbować — odparł — ale bez użycia gestów nie gwaran­
tuję powodzenia.
Dopiero trzecie doświadczenie dało pewne rezultaty, których całkowicie 
jednak nie byłem pewny. Postanowiłem  mimo to robić nadal doświadczenia, 
skoro dr. B arety  zapewniał mię, że mu się udawały.
Pierwszego seansu opisywać nie będę, ponieważ nie było wątpliwości, iż 
udał się tylko pozornie, z powodu przyzwyczajenia i t. zw. wyszkolenia 
hipnotycznego.
D r u g i e  d o ś w i a d c z e n i e .  Medjum odwróciło się plecami do magne­
tyzera, znajdującego się w  drugim pokoju w  odległości około 8-miu metrów. 
P rzy  medjum stał tylko dr. B arety  — ja obserwowałem  z ubocza. Medjum 
liczyło głośno. Na dany przeze mnie znak m agnetyzer rzucił zakaz myślowy, 
co sparaliżowało medjum i powstrzymało je od liczenia. To doświadczenie 
powtórzyliśmy trzy  razy z powodzeniem. Nie byłem  tylko pewny, czy man­
kiety m agnetyzera nie szeleściały podczas jego ruchów, więc za drugim razem 
przechadzałem  się po pokoju, aby zagłuszać odgłosy powodowane ruchami
,256
magnetyzera. Doświadczenie zasadniczo udało się, lecz było opóźnione, t. zn. 
medjum nie odrazu spełniało rozkazy.
Ponieważ m agnetyzer był człowiekiem najlepszej woli i w iary, więc 
poprosiłem go, aby zdjął mankiety. Zaczęliśmy doświadczenie na nowo — 
nie było słychać najmniejszego szmeru — i mimo to doświadczenie u d a ł o  
s i ę  w  z u p e ł n o ś c i .
K o n k l u z j a :  Działanie bezpośrednie nie było dowiedzione, ale również 
nie odkryłem  innej przyczyny, powodującej powodzenie.
T r z e c i e  d o ś w i a d c z e n i e  było naprawdę nowe i ciekawe. W szyst­
kie ostrożności, zmierzające do ustrzeżenia się od pomyłek, były  zachowane. 
W ybiera się jakiś przedmiot, np. książkę leżącą na stole, bierze się ją w nie­
obecności medjum i jego m agnetyzera i chowa w  jakimś kącie, w  schowku 
trudnym do odgadnięcia. Dr. B arety i ja wiedzieliśmy jedynie o miejscu scho­
wania przedmiotu, dlatego siadaliśmy w  czasie seansu w  ukryciu, aby nie 
dawać medjum niechcąco żadnych domysłów. W prowadziliśmy medjum z za­
wiązanemu oczami i pokazaliśmy miejsce na  stole, gdzie pierwotnie leżał 
schowany przedmiot, nie wymieniając czerń on był. Medjum nie było przez 
magnetyzera uśpione, lecz w  czasie poszukiwania koncentracja myśli wpro­
wadziła go w stan nadwrażliwości prawie hipnotycznej. Zaczął od namacy- 
wania wskazanego miejsca, nie odgadując przedmiotu ukrytego, lecz — rzecz 
zadziwiająca — ręce jego zdaw ały się obwodzić kontury książki. Robiło to 
wrażenie, jakgdyby na miejscu, gdzie leżała książka, powstało po niej jakieś 
widmo wyczuwalne dla palców. Zbadawszy dobrze miejsce i kontury leżącego 
przedtem przedmiotu, zaczęło medjum macać powietrze w  różnych kierun­
kach i odnalazło po pewnej chwili w łaściw y kierunek. Powolutku ręce jego 
posuwały się w tym kierunku, jak po jakiejś niewidzialnej ścieżce. Dwa razy 
cofał się, nabierał pewności znów szedł naprzód, aż doszedł do schowka 
i odnalazł książkę.
Przez cały czas obserwowałem  jego ruchy i drogę, jaką odbywały jego 
ręce, a była to prawie ta sama droga, którą odbyła książka. Spojrzeliśmy na 
siebie z dr. B arety  — bez słowa, lecz z w yrazem  zainteresowania i podziwu.
W następnem doświadczeniu, chowając przedmiot, wykonywałem  przez 
drogę różne piruety z góry na dół i odwrotnie, aby skomplikować drogę, prze­
bytą przez przedmiot. Tym razem w ybranym  przedmiotem był magnes. 
Medjum weszło do pokoju, dotknęło wskazanego miejsca, na którem  pierwotnie 
leżał magnes i stanęło nagle nieruchomo.
— Nie mogę nic więcej wyczuć, bo moje palce stały  się zupełnie sztywne. 
Istotnie medjum zaczęło dostawać skurczów nietylko palców, ale i całej ręki.
Nie odpowiedziałem nic, podszedłem tylko do niego i zrobiłem mu lekki 
masaż, a gdy skurcze ustały, poleciłem mu skończyć doświadczenie. Medjum 
posunęło się naprzód, wyszukując drogę palcami jak poprzednim razem, lecz 
gdy doszło do kominka, na którym  stała w aza z ukrytym  w  niej magnesem — 
kurcze powróciły.
— To zapewne tam — rzekło medjum; lecz znów zesztywniała mu ręka. 
Po każdem doświadczeniu medjum czuło się bardzo zmęczone i wyczerpane.
Zapewne zapytacie mnie państwo, jakie jest wytłumaczenie tego feno­
menu. Oto wszystko, co mogę o tern powiedzieć:
1. Wszystkie doświadczenia mniej więcej się udały.
17 257
2. Nie było tu sugestii myślowej, a w każdym razie grała ona rolę drugo­
rzędną.
3. Główną rolę odgrywało tu nadzwyczaj wysubtelnione wyczucie doty­
kowe.
4. Przedmiot mógł być magnetyzowany lub nie i przenoszony przez osobę 
nieznajomą, a w ięc fluidy indywidualne osób nie miały tu znaczenia, jak rów ­
nież żadne emanacje zapachów.
5. W  doświadczeniach tych naukowo nie mam możności dowieść ani 
sugestji myślowej, ani tego, że przedmioty pozostaw iały na miejscaah swego 
zwykłego pobytu jakieś dynamiczne widma niewidzialne.
6. Między przeniesieniem przedmiotu z jednego miejsca na drugie, a za­
częciem poszukiwań, nie mogło upłynąć więcej jak kilka minut — inaczej 
bowiem ś l a d  w  p o w i e t r z u  g i n ą ł ,  rozpływ ał się i medjum już nic 
odnaleźć nie było w  stanie.
Oto jeszcze kilka ciekawych wskazówek. Medjum, zapytane o swoje oso­
biste zdanie i opinję co do tych fenomenów, odparło, że uważa je jako przejaw 
wysubtelnionego zmysłu dotyku nabytego przez ćwiczenia.
— Kiedy jest pan w  kąpieli, rzekł m łody człowiek, odczuwa pan wyraźnie 
różnicę środowiska wody i powietrza. Mniej więcej odczuwam to samo, szu­
kając w  powietrzu drogi, którą przebył chowany przedmiot. Dla mnie ta  droga 
posiada jakby rzadsze powietrze — jest w ięc mniej prężna i mniej odporna. 
Pozatem  nie jestem zupełnie panem siebie w  takich chwilach, a  powodzenie 
doświadczenia zależy dużo od tego mojego stanu, którego jaśniej nie potrafię 
określić. Poprostu czuję się izolowanym od wszystkiego, co mnie otacza, tak 
jakbym cały żył tylko w  mych palcach, które pracują jakąś swoją własną 
inteligencją. Czem więcej w  takich razach myślę, tern gorsze są rezultaty, tern 
mniejsze wyniki...“
Dotykałem  medjum, narzucając mu myślowo obrazy jakiegoś przedmiotu 
o pewnych formach, kolorze i w łaściwościach — lecz medjum albo nie w y­
czuwało nic, albo bardzo słabo.
Np. położyłem przed nami arkusz białego papieru i wyobraziłem  sobie, 
że widzę na nim żółty krążek, tymczasem  medjum zobaczyło coś szarego, 
gdy wyobraziłem  sobie czarny krzyż — medjum widziało krążek czerwony.
Widocznie dr. B arety bardziej był szczęśliwy niż ja, gdyż jego myśli 
odgadło wedjum 3 razy; zaś nic szczególnego nie mogłem odnaleźć w doświad­
czeniach z niem robionych.
W  1825 r., czyli w  następnym roku, Ch. Richet opublikował nieprzeciętną 
pracę w  R e v u e  p h i l o s o p l i q u e  p. Bibot.
Był on pod wpływem  idei, podług mnie niesłychanie prostej i genjalnej 
zarazem. Postaram  się ją streścić w  sposób następujący:
Niema granicy absolutnej między fenomenami psychologicznemi — są 
tylko pewne stopnie i gradacje. Z tego w ypływa, że jeśli sugestja myślowa 
może być przez pewne uprzywilejowane osoby odczuwana, to w mniejszym 
lub większym stopniu odczuwać ją może każdy. To co w jednym odosobnio­
nym wypadku może nie dać rezultatu, może go dać przy powtarzaniu podob­
nych sytuacyj. Pew na s t a t y s t y k a  przydałaby się, gdyż rzuciłaby na- 
pewno nowe nieoczekiwane światło na te sprawy.
Rozpatrzenie statystyczne różnych możliwości łatwo wskaże, co przy­
pisać należy przypadkowi, a co realnym czynnikom. W prowadzając statystykę,
25#
położyłoby się racjonalny fundament, podstawę do osądzania każdego bez­
pośredniego ciekawego faktu.
Richet robił doświadczenia, grupując je odpowiednio i doszedł do konkluzji, 
że w tych wypadkach, gdzie sugestja myślowa dodana była do innych czyn­
ników, tw orzyła się zawsze pewna nadwyżka powodzenia. Ze wszystkich 
swych doświadczeń wysnuł wnioski następujące:
1. Myśl jednego człowieka przerzuca się sama na tego, kto przy nim 
siedzi — bez pomocy specjalnych ruchów.
2. Owa transmisja myśli nie zawsze w  jednakowym stopniu się przejawia. 
Każdy osobnik ma inne możliwości odbiorcze, które jeszcze podlegają waha­
niom w  zależności od warunków i nastrojów.
3. Transmisja dokonywa się zwykle podświadomie i dlatego łatwiej prze­
jawia się u osób, które nastaw ione są myślowo biernie (jeśli idzie o stację 
odbiorczą, bo stacja nadawcza musi być zawsze aktywna).
4. U osób dorosłych, zdrowych, niełatwo poddających się hipnozie, 
łatwość odbiorcza nie przekracza ‘/ 16. W  najlepszych wyjątkowych w arun­
kach dochodzi do ‘/ 10 doświadczeń udałych.
J. Jeśli idzie o doświadczenia p r z y p u s z c z a l n e j  s u g e s t j j i  m y ­
ś l o w e j ,  stosunek ilościowy udały ch doświadczeń zwiększa się i dochodzi 
do %.
Te dane statystyczne są podług mnie realną podstawą wszelkich docie­
kań z tej dziedziny. To jest metoda, która nie tw orzy  iluzyj, lecz przeciwnie: 
strzeże przed niemi.
„W szystkie moje doświadczenia — mówił Dr. Richet — robiłem tylko na 
dwóch osobach, równie niewrażliwych jak ja. Ciekawem w ięc byłoby, jakie 
powodzenie osiągnąłbym z osobami wrażliwemi, nerwowemi, łatw o podda- 
jącemi się hipnozie, histeryczkami, lub medjami dobrze wyszkolonemi przez 
długie ćwiczenia w sugestii myślowej. Niestety nie miałem nigdy okazji robie­
nia doświadczeń z osobami wrażliwemi.“
Postanowiłem więc sam iść na poszukiwania. Zaopatrzyłem  się w  tym 
celu w hipnoskop i udałem się na większe zebranie, aby wypróbować ze 20 
osób. Chciałem porównać te moje doświadczenia i próby z próbami robio- 
nemi przez tow. angielskie „ S o c i e t y  f o r  p s y c h i c a l  R e s e a r c h e  s“.
Oto rezultat pierwszego mojego seansu:
Medjum, pani D„ była siedemdziesięcioletnią staruszką, łatwo poddającą 
się hipnozie, lecz zdrowa, zbudowana bardzo dobrze, tęga, trochę krępa. 
Inteligencji była nieprzeciętnej, wdrożona do pracy literackiej, o dużej erudycji, 
wnikliwości, wrażliwości, dużym temperamencie, choć opanowana — uspo­
sobienie przyjacielskie i pełne wdzięku.
Medjum odwrócone było do nas tyłem. Pani S. i ja posyłaliśmy mu obrazy 
myślowe jednego przedmiotu, t. j. pewnej wybranej przez nas karty. Medjum 
uprzedzone było, iż odgadywać będzie jakąś kartę.
Oto wyniki:
P r z e d m i o t  o b m y ś l o n y :  P r z e d m i o t  o d g a d n i ę t y :
1. Szóstka pik. Szóstka czarna.
2. Dziesiątka pik. Czerwone; nie, czarne, — dziesiątka .
3. W alet k ier. Czerwone; k ró l?  czy dam a?
17* 259
4. Białe.
5. Żółte.
6. Czarne.
W  tern miejscu uprzedziliśmy medium, że będzie odgadywało kolory:
Białe.
Żółte.
Czarne.
R ó ż n e  p r z e d m i o t y .
K siążka, cygaro; nie, papier... =  0. 
Coś jasnonieb iesk iego  koloru... — 0. 
C ukiern iczka, szafa, mebel... =  0. 
Sm ak  soli.
7. Lam pa.
8. Jedw abny  kapelusz .
9. Fotel.
10. Sól.
11. Z.
12. W alen tyna .
13. P. O. (Pan  Ochorowicz).
14. P o rtre t B iskupa.
15. 8.
16. Wesołość.
17. Krzyż czarny.
18. S tarzec z czarną  brodą.
L i t e r y .
I, R, Ś... =  0.
Os o b y .
W alen tyna .
P. O... P. Z... — 0.
P o r t r e t .
„To b iskup ."
C y f r y .
7, 5, 2, 8 =  0.
N a s t r ó j .
Sm utek .
R ó ż n e  f i g u r y .
Drzewo, skrzyżow ane konary .
19. F o tog ra fja  chłopca.
20.
21.
23.
24.
25.
Człowiek, za ro śn ię ty  z b ia łą  brodą. 
F o t o g r a f j a .
M łoda dziew czynka, dzieci =  0. 
I mi ę .
M arja.
Jan , G ustaw , K arol =  0.
L i c z b a .
Sześć, dw anaście, dziew ięć — dziesięć. 
P r z e d m i o t y  r ó ż n e .
K siążka n ieb ieska, sa tynow a. Kolor lila  — różowy =  0.
M arja.
Adam .
22. Dziesięć.
Z loty ołówek na  n ieb iesk iem  tle. 
As p ik  n a  tle  czarnem .
Coś czarnego na  n ieb iesk iem  tle =  0. 
Coś czarnego, niebieskiego, k a rta , 
as. trefl.
26. K larne t.
27. Trzy.
28. T alerz z obrazkiem .
29. Soli.
30. Cukru.
31. Poziomek.
I n s t r u m e n t .
Skrzypce =  0.
C y f r y .
2 ,5  =  0.
P r z e d m i o t .
T alerz z obrazkiem .
S m a k .
Gorzkie, kw aśne =  0. 
Słodkie.
Jab łek , w iśni, poziomek.
Zauważyliśmy widoczne zmęczenie medjum, przerwaliśmy więc doświad­
czenia. Byłem w  każdym razie bardzo zainteresowany. Na 31 pytań 13 było 
zupełnie dobrze odgadniętych, tern bardziej, że szanse odgadnięcia nie były  
duże. Między dobrze i źle odgadniętemi była jeszcze spora ilość odpowiedzi 
z dużem podobieństwem do rzeczywistości, np. trzy  pierwsze odpowiedzi 
miały cechy domniemanej obecności sugestji. Jedno tylko podejrzenie mnie 
niepokoiło.
Objaśniałem już przedtem, co rozumiem pod nazwą p s y c h i c z n e g o  
ś r o d o w i s k a .  Właśnie owo psychiczne środowisko mogło mieć tu miejsce, 
ponieważ wszystkie przedmioty by ły  wybierane w czasie seansu przeze mnie 
i panią P. Jeśli więc jej i mnie przychodziły pewne myśli, łatwo przyjść mogły 
i medjum, stworzyliśmy bowiem pewnego rodzaju wspólny mechanizm m y­
ślowy, w  którym  nasze myśli przez asocjację zazębiały się jedne o drugie. 
Może to się komuś w ydaw ać małoprawdopodobne, ja jednak jestem pewny 
tego, ponieważ niejednokrotnie miałem możność skonstatowania takiego 
mechanizmu.
Aby udowodnić państwu moje twierdzenie, przytoczę kilka faktów. B y­
liśmy na wsi u przyjaciół. Było nas razem 5—6 osób. Początkowo różnie 
bawiliśmy się, potem zasiedliśmy do kart, a ja zacząłem pokazywać różne 
sztuki. To zachęciło nas do odgadywać.
Ponieważ trzy  razy obmyślone przeze mnie cyfry od 0 do 6 zostały 
odgadnięte — pomyślałem, że może stworzyliśm y łańcuch myślowy. Aby to 
sprawdzić, stworzyłem  w imaginacji obraz króla karo i poprosiłem sąsiada 
aby obmyślił jakąś kartę.
— „Może króla karo?“ szepnął. To nie by ła sugestja, ponieważ ledwie 
usłyszałem słowa mego sąsiada — nasze vis ä vis, które usłyszało szepty — 
zawołało: „A to ciekawe, właśnie myślałam o królu karo!“
A więc król karo wisiał w  powietrzu wśród nas.
Takie zazębienie wrażeń, w ytw arzające wspólny mechanizm myśli, 
obserwowałem niejednokrotnie; np. jedna część tow arzystw a obmyśliła liczbę 
47, a reszta tow arzystw a 28, co wskazuje na związek myślowy, ponieważ 
4 X 7 — 28, i wielu tego rodzaju przykładów  byłem  świadkiem. Jedne asocjacje 
myśli rozumie się odrazu, inne jasnemi się stają po pewnym  namyśle; zapewne 
jeszcze wielka liczba takich myślowych skojarzeń została nie zrozumiana 
przeze mnie i nie zanotowana.
Otóż takie wspólne nastawienie myśli kilku osób nazywam  ś r o d o ­
w i s k i e m  p s y c h i c z n e m u  Nie znam bliżej tego mechanizmu i dlatego 
nie umiem przewidzieć, ani wytłum aczyć wszystkich jego przejawów, ale 
konstatuję, że ono istnieje i zapewne z czasem dokładniejsze poznanie go 
doprowadzi nietylko do przewidzenia zgóry wyboru, postanowień, zamyśleń 
danego zespołu osób, ale i wszystkiego co medjum zrobi i powie. Taka wiedza 
będzie na pograniczu jakiejś wszechwiedzy, ponieważ, podług mnie, podświa­
domość jest tern źródłem sił, k tóre powodują wszystkie fenomeny przez 
medjum wykonywane; poznając zatem  podświadomość, stać się możemy 
panami poznania tajemnych sił w  człowieku.
Wierzę w  to, jak również że z czasem będą ludzie w  możności dokonać 
takich fenomenów bez snu somnambulicznego, a więc przy normalnej pełnej 
świadomości.
.26/
Przepraszam  bardzo czytelnika za tego rodzaju myślowe spekulacje, 
które mogą mu się wydaw ać zupełnie dowolnemi i mogą zadziwić go, ale 
człowiek broni się jak może, gdy wchodzi w dziedzinę fenomenów, w  której 
tak trudno jest coś ustalić; tak wiele przekonań zachwiać się może po latach 
studjów i doświadczeń. C. d. n.
Leon Denis
Przeło ży ła  Janina Kreczyńska
Harmonje przestrzeni
Cisza m ajestatyczna —  oto  wrażenie, jak ie  da je  nam noc i podziwianie 
niebios; cisza ta  jednak  je s t ty lko pozorna i wynika z nieudolności naszych 
zmysłów. D la isto t, obdarzonych lepiej, posiadających zmysły czujne na 
subtelne echa nieskończoności, w szystkie światy d rga ją , tętnią, śpiewają, 
dając w rażenie w spaniałego koncertu.
To praw o harm onij niebieskich możemy sprawdzić na własnym syste­
mie słonecznym.
W iadomo, że porządek  kolejności p lanet w przestrzeni opiera się na 
praw ie stopniow ania, t. zw. praw ie Bode’a. Zaczynając od słońca, od leg ­
łości podw aja ją  się m iędzy planetam i. To samo praw o obow iązuje każdą 
grupę satelitów . O tóż tak i sposób stopniow ania ma swą zasadę, k tó ra 
zależy jednocześnie od praw  liczby i wymiaru, od m atem atyki i harm onji.1)
Odległości p lanetarne stosu ją się do zw ykłego trybu stopniowania 
harm onicznego i stanow ią istotne praw idło drgania tych planet, a harm onje 
p lanetarne, oparte  na tych praw idłach, dają  akord  doskonały. M ożnaby 
przyrów nać system  słoneczny do olbrzym iej harfy, w k tó re j strunam i są 
planety. Azbel pow iada: „Gdybym, zachow ując stopniowanie odległości 
p lanetarnych , zastosow ać je  w pom niejszeniu przy układzie strun  dźwię­
kowych, o trzym ałoby się instrum ent muzyczny doskonale zestro jony .“2) 
W zasadzie —  i to  je s t cudowne w łaśnie — praw o, norm ujące stosunki 
dźwięku, światła, ciepła, je s t również prawem  obow iązującem  dla ruchu, 
kształtow ania się i rów now agi sfer, norm ując jednocześnie ich odległości. 
Jes t ono zarazem  prawem  liczb, kształtów  i idej. To praw o harm onji 
w calem znaczeniu tego  słowa: to  myśl, to  działanie Boga dostrzeżone!
M owa ludzka je s t uboga; nie zdoła ona wyrazić cudownych tajem nic 
harm on ji w iekuistej. Jedynie pismo muzyczne zdoła ją  wyobrazić w pełni, 
oddać to  w rażenie estetyczne, jak ie  ona w ywołuje. M u z y k a ,  ta  mowa 
boska, w yraża rytm  kształtów , linij, liczb i ruchów. Ona wpraw ia w drganie 
i ożywia przestw orza. Falam i swemi wypełnia olbrzym ią budowlę wszech­
świata, tę świątynię wspaniałą, gdzie rozbrzm iewa hymn życia bez końca.
Py tagoras i P la ton  utrzym ywali, że słyszą „ m u z y k ę  s f e  r“. W śnie 
Scypjona, przytoczonym  przez Cycerona w jednym  z najpiękniejszych 
utworów, jak ie  odziedziczyliśmy po starożytności, śpiący rozmawia z duszą
') Zobacz Azbel, H arm on ja  Św iatów , passim .
2) To sam o dzieło, s tr . 29.
2G2
swego ojca, Paw ła — Emila i z duszą dziadka, Scypjona A frykańskiego; 
podziwiają oni w spólnie cuda niebieskie, przyczem  taki się wywiązuje 
dialog między nimi:
„Skąd płynie ta  potężna, a słodka harm onja , k tó ra  mnie przenika? 
zapytuje C. Scypjon .“
„ — Jes t to  harm onja , ob jaśn ia go  przodek, utw orzona z pauz nie­
równych, lecz łączonych według słusznego um iaru; wynika ona z ruchu 
sfer, a zlew ając tony  ostre z cichemi w jednym  wspólnym  akordzie, czyni 
z tych różnorodnych dźwięków m elodyjny koncert. Tak znaczne ruchy nie 
m ogą dokonywać się w ciszy."
W szyscy prawie gen ja ln i kom pozytorzy, k tó rzy  oprom ienili sztukę 
muzyczną, jak  Bach, Beethowen, M ozart, oświadczali, że dochodziły do nich 
m elodje znacznie piękniejsze od wszystkich ziemskich. Beethowen w czasie 
kom pozycji wychodził z siebie, podlegał pewnej ekstazie i pisał go rącz­
kowo, s ta ra jąc  się napróżno odtw orzyć m uzykę niebieską, k tó ra  go 
czarowała.
Trzeba mieć wybitną zdolność psychiczną, by tak  móc odczuwać. Rzad­
kie jednostk i nią obdarzone u trzym ują, że k to  uchwycił nutę muzyczną 
wszechświata, ten  znalazł najidealn iejszą form ę dla wyrażenia piękna 
wiecznego i harm onji. Najwyższe u tw ory  ludzkie są zaledwie nikłem  echem 
wielkiej sym fonji światów.
Jest to  źródło  najczystszych rozkoszy ducha, tajem nica życia w yż­
szego, k tó rego  potęgi nie rozumiemy dla braku  odpowiednich zmysłów. 
Kto umie je  odczuć w pełni, dla tego  czas przestał się posuwać, a niezli­
czone dni są mu jako  dzień jeden. Ew olucja zbliży nas ku  p rogom  tych 
uczt duchowych.
Znamy już  m edja, k tó re  w stanie transu  słyszą łagodne, słodkie m e­
lodje. Łzy rzewne, jakiem i zalew ają się wówczas, świadczą o rzeczywistości 
doznawanych wrażeń.
Powróćm y do badania ruchu sfer i zauważmy, że naw et w yjątk i od 
powszechnego praw a harm onji, naw et pozorne odchylenia p lanet można 
objaśnić i podziwiać. S tanowią one jakby  „dialogi d rgań", możliwie zbli­
żonych do w tóru  i dorzucają nowy czar estetyczny do tego  cudu piękności, 
jakim  je s t wszechświat.
Za przykład  najcharak terystyczniejszy  m ogą służyć drobne p lanety  
w liczbie 520, k tó re  k rążą m iędzy Marsem  i Jow iszem , a za jm ują  przestrzeń 
całkowitej oktawy, podzielonej na tyleż stopni; stąd  praw dopodobieństw o, 
że zespól tych św iatków  nie tworzy, jak  przypuszczano, świata szczątków 
w rozsypce, lecz labo ra to rjum  nowych światów, dopiero się kształtu jących.
Cztery są zasadnicze um iary harmoniczne, k tó re  w pływ ają na w za­
jemne rozmieszczenie p lanet w naszym system ie słonecnzym. Znajdu ją  one 
zastosowanie: Na pierwszem m iejscu: od Słońca  do M erkurego; tu p racu ją  
także siły harmoniczne, pow sta ją  nowe planety.
Dalej, od M erkurego  do Marsa. To obwód małych p lanet; w śród nich 
Ziemia nasza g ra  rolę panu jącą  z pewną skłonnością do oddalenia się od 
słońca, a zbliżenia do wyższych układów  planetarnych. Członek te j grupy, 
Mars, na którym  dostrzegam y przez teleskop lądy, m orza, olbrzym ie ka-
naly, świadczące o starszej cywilizacji od naszej, jakkolw iek m niejszy od 
ziemi, je s t bardziej zrów now ażony od niej.
Następnie 500 p lanet teleskopicznych stanowi obszar przejściowy i jako  
sznur pereł niebieskich łączy g rupę p lanet niższych z planetam i wielkiemi 
od Jow isza  do Neptuna  i dalej. Ta ostatn ia  g rupa stanowi czwarty um iar 
harm oniczny o nutach zniżających się w m iarę wzrostu objętości tych 
olbrzymów. Rolę panu jącego  g ra  tu ta j Jow isz, łącząc w sobie ton  majorowy 
z m inorowem.
„Jak  przy zniżaniu harmonicznem  dźwięku, mówi Azbel1), g rupa Jow i­
sza i N eptuna postępow o zwiększa swą objętość. Dopiero chaos drobnych 
ciał teleskopicznych zatrzym ał gw ałtownie to  powiększanie. Jow isz pozo­
stał na p rogu  Dwóch systemów, jak o  w tóre słońce. Z roli oktaw y przeszedł 
do tonu  w tórego , aby zaznaczyć specja lny  charak ter swej roli, wyraźnie 
m inorowy w stosunku do słońca, kiedy tymczasem  młode form acje, roz­
m ieszczając się, odsuwały go powoli w raz ze światami, jak ie  ma w opiece, 
od gwiazdy, k tó re j był synem najpokaźn iejszym .“
Je s t on rzeczywiście pokaźny w swym biegu, ten  olbrzymi Jowisz, 
k tó rego  podziwiam  z zachwytem  w ciszy letnich nocy: W iększy tysiąc 
dwieście razy od naszego globu, w orszaku pięciu satelitów , z których 
Ganimed  ob jętością  dorównyw a planecie, sunie on bez nachylenia osi po 
swej drodze, co wpływa na jednorodność tem peratu ry  na każdej szero­
kości i na rów notrw ałość dni i nocy. P rzytem  składa się on z pierw iast­
ków  o ścisłości cz terokro tn ie  m niejszej, niż nasza spoista siedziba, co za­
pewnia zam ieszkującym  go istotom  taką  łatwość w przem ieszczaniu się, 
taką  możliwość życia napow ietrznego, że pobyt tam  byłby dla każdego 
upragniony. Co za w spaniała arena życia! Jakież czarujące obrazy z bajek  
snuć można na w idok tej gwiazdy olbrzym iej!
Osobliwszy, cudowniejszy jeszcze, je s t Saturn, tyle w rażeń dający 
przez teleskop, Saturn  równy skupieniu ośm iuset kul ziemskich, ze swym 
potężnym  djadem em  w kształcie pierścienia i z ośmiu satelitam i, z pośród 
k tó rych  Tytan  dościga rozm iaram i sam ego M arsa.
Saturn  z bogatym  orszakiem , jak i mu tow arzyszy w przestrzeni, s ta ­
nowi sam istny wszechświat, niby zm niejszony obraz systemu słonecznego. 
To św iat pracy  i myśli, nauki i sztuki, gdzie p rzejaw y życia i inteligencji 
rozw ija ją  się bujnie i bogato . Jego  estetyka je s t m ądra i złożona; poczu­
cie piękna głębsze je s t i subtelniejsze w skutek zm ian ruchu, zachodów 
pierścieni i satelitów , g ry  świateł i cieni, barw , stap iających  się w odcie­
niach nieznanych oku ziemskiemu, a wszystko to  przy akordach harm onicz­
nych tak  w zruszająco zgodliwych z m elodją całego wszechświata sło­
necznego!
Dalej na pograniczu państw a słońca idzie Uranus i Neptun, wspaniale 
i tajem nicze planety , rów nające się w przybliżeniu stu kulom  ziemskim. 
Nuta harm oniczna N eptuna byłaby ostatnim  tonem  akordu ogólnego, 
szczytem akordu  m ajorow ego  w całym system ie.“ Potem  znów  inne planety  
dalekie, ja k  zagubione czaty naszego ugrupow ania niebieskiego, jeszcze 
niewidoczne*), a już  odczuwane, naw et obliczone podług  wpływów, jak ie
*) O statn io  odkry li as tronom ow ie „P lu to n a“ (przyp. wyd.).
*) Azbel, „H arm onie des M ondes“, s tr . 13.
264
wywierają na krańce naszego systemu, tego  długiego łańcucha, w iążącego 
nas z innemi rodzinam i światów.
W reszcie rozlewa się bezbrzeżny ocean gwiaździsty, otchłań św iatła 
i harm onji, k tó rego  m elodyjne fale o taczają  zewsząd i kołyszą nasz 
wszechświat słoneczny, tak  zdaje  się wielki dla nas, a tak  nikły w stosunku 
do zaświata. Je s t to  sfera nieznanego, sfera tajem nicy, nęcąca bezustanku 
naszą myśl, a niedostępna tejże, n iedająca się zmierzyć, czuć określić z je j  
m iljonam i słońc różnej wielkości i siły, zgrupow anych po dwa i więcej, 
kolorowych, ośw ietlających przestw orza, rozlew ających we wszystkie strony  
potoki światła, ciepła i energ ji, unoszonych z p rzerażającą  szybkością 
w niewiadome dale w raz z ich orszakiem  światów, ziem niebieskich n ie­
dostrzegalnych, lecz przeczutych, rodzin ludzkich, k tó re  je  zam ieszkują, 
ludów, m iast i cywilizacyj wspaniałych, jak ie  na nich się rozw ija ją .
Wszędzie cuda za cudami: g rupy  słońc o przedziwnych barwach, arch i­
pelagi gwiazd, rozw ichrzone kom ety, błądzące nocą po swem afeljum , 
ogniska konające, k tó re  nagle się rozpala ją  i p łoną w głębiach otchłani, 
blade mgławice fantastycznych kształtów , widma św ietlane, k tó rych  p ro ­
mienie, jak  mówi Herschel, w ym agają dwóch m iljonów  la t na dojście do 
nas, olbrzymie genesis światów, kolebki i g roby  życia powszechnego, głosy 
przeszłości, obietnice czasów idących, skarby  nieskończoności!
I wszystkie te światy łączą swe drgania w jedną potężną m elodję. 
Dusza, oswobodzona z więzów ziemskich, gdy dosięgnie tych wysokości, 
słucha głębokiego głosu niebios wiekuistych!
Umiary harmoniczne, według k tó rych  rozm ieszczone są p lanety  w p rze­
strzeni, stanow ią podług  Azbela1) rozciągłość k law ja tu ry  i odpow iadają 
prawu odległości i ruchu. W ynika stąd, że nasz system  słoneczny podobny 
jest do budowli o ośmiu piętrach, czyli ośmiu oktaw ach ze schodami o 320 
stopniach, czyli falach harmonicznych, na k tórych  rozrzucone są planety 
podług harm onji doskonałego akordu.
Rozdźwięki są tylko pozorne, lub p rzem ija jące. We wszystkiem  odna j­
duje się wkońcu akord. Praw idła naszej harm onji muzycznej zda ją  się być 
tylko niedoskonałem  przystosowaniem  praw a harm onji najw yższej, tow a­
rzyszącej biegowi światów. M ożemy więc słusznie wierzyć, że pojęlibyśm y 
melodję sfer, gdyby zmysły nasze chwytały fale dźwiękowe, wypełniające 
przestworza.2)
Ta absolutna zasada nie je s t wszakże sztywną i ciasną. W niektórych 
wypadkach, ja k  naprzyklad z Neptunem , harm on ja  zdaje  się uchylać od 
reguły, nigdy jednak  nie pom ija je j  zupełnie. Badanie ruchów p lan e ta r­
nych dostarcza na to  jaw nych dowodów.
') Azbel, H arm onie  des Mondes, s tr . 10.
1  P. E m i l  C h  i z a  t, m ów i Azbel (la M usique dans l’espace), stw ierdza, 
że g ra  organow a, p rzezw ana  „glosy n ieb iesk ie“, jest w łaśn ie  in tu icy jn em  p rzy ­
stosowaniem  m uzycznem  doniosłej ro li „m yśli gw iazd“. Może zczasem  n a  ten  
tem at pow staną u tw o ry  sym foniczne, k tó re  dadzą  słuchaczom  w iele nieoczeki­
wanych w rażeń. Gdybyż m ogły  one sk ierow ać nasze „ziem skie“ m uzyk i ze ścieżki 
obłędnej do wyższych pojęć o k ap łań s tw ie  h a rm on ji, jak ie  sp raw ow ać pośród n as  
powinny.
263
W  zakresie tych badań bardziej, niż w jak im  innym, widzimy w ystę­
pujące praw o P iękna i Doskonałości, rządzące wszechświatem. Zaledwie 
skierujem y swą uw agę ku przestw orzom  gwiezdnym, natychm iast dozna­
jem y po tężnego  w rażenia estetycznego. W rażenie to  będzie jeszcze rosło 
w m iarę poznaw ania ścisłych zasad harm onji powszechnej i uchylania się 
zasłony, k ry jące j przed  nami przepych niebios.
Wszędzie odnajdziem y tę zgodność, k tó ra  zachwyca i wzrusza. Nie- 
masz tu  rozdźwięków, zawodów, tak  częstych w łonie ludzkości. Wszędzie 
czuwa po tęga  piękna, rozw ija jącego  w nieskończoność swe kombinacje; 
łączy ono w jedność wszystkie praw a we wszystkich stosunkach, ary tm e­
tyce, geom etrji, estetyce.
W szechświat to  poem at wzniosły, z k tó rego  zaledwie zaczynamy sylabi­
zować pieśń wstępną. Zaledwie chwytamy pierwsze tony  odległe, a już  tych 
k ilka lite r a lfabetu  m uzycznego napełnia nas zachwytem. Co będzie wtedy, 
gdy staniem y się godniejsi rozważania mowy boskiej, gdy posłyszymy 
i zrozum iem y wielkie harm onje przestrzeni, nieskończony akord  w nie­
skończonej różnorodności, śpiew zawodzony przez te mil jony  gwiazd, 
k tó re  przy  różnorodności swych ruchów i rozm iarów  uzgadniają  swe d rg a ­
nia w sym fonję wieczności.
Zapytacie może, co mówi ta  muzyka niebieska, ów glos, z oddali nie­
bios idący?
Ta mowa rytm iczna je s t to  S ł o w o  istotne, zapom ocą k tó rego  po ro ­
zum iewają się w zajem  wszyskie wyższe światy i istoty, naw ołując się 
z oddali; Słowo, k tó re  i nam  posłuży kiedyś do obcowania z innemi rodzi­
nami człowieczemi z przestrzeni gwiaździstych.
To również, oparty  na sam ej zasadzie drgnień myśli, te leg raf p o ­
wszechny, roznoszący ideję  we wszystkie krańce wszechświata, mowa dusz 
podniosłych, donoszących sobie z gwiazdy na gwiazdę o pracach wspólnych,
0 zam iarach i celach.
To wreszcie hymn, śpiewany Bogu przez światy, hymn radości i uw iel­
bienia, skarg i i modlitwy; to  wielki g los sfer, najw yższa harm on ja  istot
1 rzeczy, k rzyk  miłości, b ijący wiecznie ku  Inteligencji, zawiadującej świa­
tami.
Kiedyż nauczymy się odrywać myśli od codziennej pospolitości i słać 
je  ku tym  szczytom ? Kiedy nauczymy się przenikać tajem nice nieba i p o j­
mować, że każde odkrycie, każda zdobycz na te j drodze światła i piękna 
uszlachetnia nasz umysł, podnosi życie m oralne i dostarcza nam rozkoszy 
wyższych, niż może to  sprawić m aterja?
Kiedyż zrozum iemy, że nasze własne przeznaczenie tam  właśnie roz­
w ijać się będzie, w tym  wspaniałym  wszechświecie? Badać go, to  znaczy 
badać środowisko, gdzie sądzono nam odżyć, rozw ijać się bezustannie, 
sycąc się coraz bardziej o taczającą harm onją . W szędzie bowiem życie roz­
kw ita snopam i dusz; p rzestrzeń  je s t zaludniona przez niezliczone spo łe­
czeństwa, do k tó rych  isto tę ludzką wiąże je j na tu ra  i przyszłość.
Ubolewania godni są ci, k tó rzy  odw racają  oczy od tych widoków, 
a umysł od tych zagadnień! Niema głębszych badań; niema wyższego o b ja ­
wienia w zakresie wiedzy i sztuki.
26G
Nie, ta jem nica naszego szczęścia, naszej po tęg i i przyszłości nie leży 
w rzeczach p rzem ija jących  tego  świata; pouczyć nas m ogą o niej rzeczy 
wieczne. A wychowawcy ludzkości są bardzo ciemni, czy bardzo występni, 
skoro  nie s ta ra ją  się podnosić dusze ku szczytom, gdzie jaśn ie je  p raw ­
dziwe światło.
Jeżeli dręczy nas zwątpienie, jeżeli życie nam ciąży, gdy, idąc 
poom acku, nie zna jdu jem y dla niego celu, jeśli ogarn ia  nas zniechęcenie 
i smutek, nie rośćmy urazy do nikogo, tylko do siebie, bo w ielka księga 
nieskończoności leży otworem  przed  naszym wzrokiem , a na je j kartach  
w spaniałych każde słowo — to g rupa  gwiazd, każda litera —  to  słońce. 
Tam je s t prawda, wypisana głoskam i z płom ieni i złota, praw da — rzeczy­
wistość piękniejsza od wszystkich legend i ułud.
Ona opow iada nam o niezatracalnem  życiu ducha, o jego  przeżyciach 
na spirali światów, tych niezliczonych etapach prom iennej drogi, o dąże­
niu do wiecznego dobra, zdobywaniu pełnej świadomości, o radości, dozna­
wanej stąd, że możemy zawsze żyć, aby zawsze kochać, zawsze iść wyżej, 
zawsze pracow ać nad zdobyciem  nowych władz, coraz wyższych zalet 
i szerszych w idnokręgów  ducha.
Z pośród  tych wspaniałych badań i dociekań wyłania się jaśn iej i m a­
jestatycznie j idea Boga. Nauka harm onji niebieskiej tw orzy niby piedestał 
niezmierny, na którym  wznosi się do sto jny  posąg, P iękno najwyższe, 
k tó rego  blask, zbyt o lśniew ający dla naszych słabych oczu, pozosta je  p rzy ­
słonięty jeszce, lecz prom ieniuje łagodnie przez o taczające go  m roki.
Ideo Boga, ośrodku przedziwny, skupiający  w bezbrzeżną syntezę 
wszystkie nauki, wszystkie sztuki, wszystkie najwyższe praw dy, tyś jes t 
pierwszem i ostatniem  słowem rzeczy obecnych i m inionych, bliskich i od ­
ległych; tyś je s t Prawem  samem, tyś jedyną przyczyną wszystkich p rzy ­
czyn, zespoleniem  zasadniczem  i bezwzględnem  Piękna z Dobrem , k tó rego  
pożąda myśl i w ym aga sumienie, a w k tórem  dusza ludzka odna jdu je  rację 
swego istnienia i niem ilknące źródło  sił, św iateł i natchnień!
Marja Florkowa (Kraków)
Tajemnice szlachetnych kamieni
U w a g i  w s t ę p n e .
Granica między form am i żyjącem i i nieżyjącem i je s t coraz dalej odsu­
wana przez naukę. Pojęcie „m artw ej natu ry" już  nie istnieje, naw et proch 
pod naszemi stopam i je s t żywy, bowiem żywe są składniki chemiczne, a pył, 
który  zrywa się z ziemi, je s t ty lko rozkruszoną skałą i mieści w sobie 
mil jony  m injaturow ych kryształów .
Kryształy zaś —  prze jaw ia ją  ukryte, niemniej silnie pulsujące życie, 
podobne życiu kw iatów  i zw ierząt. Tylko tem po ich przem ian i procesów  
jest o wiele pow olniejsze od życia tych ostatnich.
Kryształy jednak  rodzą się, rosną, ży ją  i m ogą być zabijane chemicz­
267
nie lub elektrycznością. S tudjowaniem  tajem niczego życia kryształów  z a j­
m uje się wiedza, zwana plasmologją . W edług je j  orzeczenia „krystalizacja 
nie je s t zwykłem, mechanicznem zgrupow aniem  martwych atomów, ale 
je s t to  rodzenie się!“
Działanie św iadom ego życia w ytłacza sw oje piętno w procesie wzrostu 
kryształów . Je s t ono zupełnie podobne do życia pierwotniaków , tylko, że 
kryszta ł bierze swój pokarm  z zew nątrz i buduje poza sw oją powierzchnią 
zewnętrzną, natom iast p ierw otniak spożywa pokarm  wewnętrznie i rośnie 
również od wewnątrz.
Kryształy, podobnie ja k  istoty żywe, m ogą być sterylizowane i pozba­
wione płodności środkam i chemicznemi lub elektrycznem u M ożna je  zatem 
zabijać, ja k  również wstrzymywać ich wzrost. Są żywe tak  samo, jak  świat 
roślinny, k tó ry  obserw ujem y w jego  tysiąckrotnych przem ianach. I jest 
rzeczą jasną, że jeżeli m ate rja  roślinna lub zwierzęca je s t żywą, tedy i ich 
składniki chemiczne są żywe, bo nie istn ieje w przyrodzie żadna przem iana 
„m artw ej m a te r ji“ w inną, świadomą celu i k ieru jącą się logicznemi p ra ­
wami.
Życie w yjść może ty lko  z życia, i granica, gdzie kończy się fizyczne, 
a zaczyna fizjo logiczne —  je s t bardzo trudną do uchwycenia.
Nawet m etale, co do k tórych  zgodzono się, że są ty lko  m artwem i kom ­
pilacjam i ściśle określonych składników  chemicznych —  posiadają swe 
u ta jone, tajem nicze życie.
P rof. J. H under Bose z uniw ersytetu w Kalkucie, wychowanek szkół 
angielskich i au to ry te t naukow y w świecie zachodnim  — w swej książce 
p. t. : „W rażenia św iata ży jącego  i n ieży jącego“, daje  ciekawe rewelacje 
na tem at wszechobecności życia i jego  przejaw iania się. Za punkt wyjścia 
p rzy jm uje  zasadę, że świadectwem obecności życia w m aterji je s t je j w raż­
liwość na zewnętrzne pobudki. I w wielu doświadczeniach wykazał, iż tak 
zw. m ate rja  nieograniczna: m inerały, metale i t. p. je s t w rażliwą na pobudki 
zew nętrzne i że je j wrażliwość je s t podobna, o ile nie identyczna, do w raż­
liwości m aterji, sk ładającej ciała roślin, zw ierząt i ludzi. Skonstruowawszy 
precyzyjne galw anom etry  do m ierzenia owej wrażliwości, stw ierdził i wy­
kazał, że reakcje  —  w form ie linij i załom ów na w irującym  walcu — da­
wane przez cynę i inne m etale, były zupełnie takie same, jak ie  dawał żywy 
mięsień. I im silniejsze było podrażnienie m etalu, tern silniejsza stawała 
się reakcja  i w yraźniej zarysowywała odpowiedź. Podobieństw o „odpo­
wiedzi“ m etalu i żywego mięśnia było zdum iewające. Co więcej —  tak 
samo, ja k  w żywym organiźm ie mięsień wykazywał zmęczenie, —  przy 
m etalu  krzyw a linja, za re jestrow ana przez igłę, staw ała się coraz słabszą, 
w m iarę ja k  sztaba nużyła się przez ciągle podrażnianie. Po chwilowej 
przerw ie reakcje  m etalu i m ięśnia były znów silniejsze, zgodnie z prawem 
wypoczynku.
Doświadczenia prof. Bose poszły jeszcze dalej i wykazały, że pewne 
środki lecznicze, wywoływały takie same skutki u metali, ja k  i u zw ierząt: 
n iektóre podniecały, inne sprow adzały bezwład, a inne zabijały. Pewne 
trucizny chemiczne unierucham iały m etale, w yw ołując wrażenie m artw oty, 
zastosowywano wówczas antydotum  i —  m etal znów zdradzał pełną zdo l­
ność odpowiadania na bodźce zewnątrzne.
2G9
Podobne doświadczenia czyniono z roślinam i. Okazało się, że również 
części roślin zdolne są do podniecania się, męczenia, depresji i — zam ie­
rania. Dr. Annie Besant tak  opisuje jedno  z doświadczeń, przy  k tórem  
obecną była w Kalkucie: „Jest coś bolesnego, gdy się widzi, ja k  mały 
krążek światła, re je s tru jący  pulsowanie rośliny, porusza się w coraz to  
słabszych krzywiznach, gdy na roślinę działa trucizna, wreszcie pada w ko ń ­
cową — rozpaczliw ie p rostą  lin ję i —  staje... Czuje się, jakgdyby  pope ł­
niono tu  m orderstw o i —  rzeczywiście popełniono je!"
O bserw acje wiedeńskiego fizyka P rzibram a również w ykazują u tajone, 
lecz niemniej istotne życie u kryształów . Stwierdził on mianowicie, iż k ry ­
ształy soli, k tó re  poprzednio  poddane zostały silnemu sprasow aniu (iden­
tyczne ze stłuczeniem  żywego mięśnia), —  naśw ietlane radem  —  ujaw niły 
ko lo r żółto-ciemnozielony aż do czarnego, k tó ry  po kilku dniach wykazał 
już jaśn iejsze prążki. Jaśn iejsze te p ręg i ob ję ły  stopniow o całe m iejsce
0 nadwyrężonej struk tu rze  („zran ione“). Powoli k ryształ przybierać zaczął 
strukturę norm alną, to  zn. samodzielnie pow racał do p ierw otnego, zd ro ­
wego stanu.
Mówi nam to wyraźnie, że — podobnie, ja k  każdy ży jący  organizm  — 
reaguje i kryształ na zranienia i am putacje , odprężając  się potem  i —  w y­
kazując takie samo „uleczenie“, ja k  każdy żywy mięsień człowieka lub 
zwierzęcia.
W szystkie te doświadczenia dowodzą, że tak  m etale, ja k  k ryszta ły  i rośli­
ny, oraz organizm y zw ierząt i ludzi, tw orzą jedno  wielkie pu lsu jące życie, 
k tóre w równy sposób może być sztucznie podniecane, wzmacniane i n a rko ­
tyzowane, ja k  i osłabiane, zabijane lub w prow adzane w stan  letargu . O dpo­
wiedź kaw ałka stali, poddanego wpływowi trucizny chemicznej, w ykazuje 
stopniowe trzepotan ie się i osłabnięcie, aż ostatecznie stal zam iera, zupeł­
nie tak  samo, ja k  czyni to  zwierzę, podobnie o tru te . Po zastosow aniu an ti­
dotum — pow rót do życia je s t zupełnie identyczny u zwierzęcia, jak
1 w m etalu: je s t to  stopniowe powracanie do sił, k tó re  re je s tru jąca  igła 
znaczy coraz w yraźniej.
Również trucizny, zab ija jące  m etale, są sam e żywe i m ogą być zkolei 
zabijane przez inne składniki chemiczne. H ierarch je p anu ją  tu  te same, 
jak  w świecie przejaw ionym : praw a „silniejszego,, są zawsze niezawodne 
i mogą służyć tak  samo Życiu i Dobru, ja k  Złu i Śmierci...
Ale poszukiwanie Życia nie kończy się na m etalach, przechodzi siłą 
faktu na wszystkie form y św iata m ineralnego. W nikając w ten  cudowny 
świat tajem nic —  stw ierdzam y nowe praw a: że atom y — będące każdy 
dla siebie odrębnym  światem  —  prze jaw ia ją  cechy charakterystyczne, 
które nazwać by można —  w zajem ną sym patją  i an typatją . Posuw ają się 
one wzdłuż łinij swoich przyciągań i zaw ierają zw iązki: —  „m ałżeństw a“, 
tworząc znane nam form y m aterja lne . I tak  np. jeśli weźmiemy dwa atom y 
wodoru i jeden  atom  tlenu i umieścimy je  blisko jeden  drugiego, to  rzucą 
się wzajem  na siebie, tw orząc spółkę, zwaną drobiną wody. M ożna pow ie­
dzieć, że śluby i rozwody są częścią życia atomów.
Uczony niemiecki Haeckel mówi o życiu atomów, ja k  o życiu istot 
świadomych siebie: „Nie m ogę przedstaw ić sobie — pisze on —  n a jp ro s t­
szego chemicznego lub fizycznego procesu bez przypisyw ania ruchów 
cząsteczek m aterja lnych  nieświadomym u c z u c i o m . . .  Idea pokrew ień­
269
stwa chemicznego po lega na fakcie, że różne elem enty chemiczne dostrze­
g a ją  różnicę w charakterze innych elem entów  i w związku z tern doznają 
przyjem ności lub odrazy w kontakcie z niemi. Na tej zasadzie w ykonują 
też odpowiednie ruchy.“
Może nieco za długo zatrzym ałam  się na stw ierdzaniu prawdy, że 
Życie obejm uje  cały wszechświat i pu lsuje we wszystkich — nawet n a j­
drobniejszych i napozór „m artw ych“ atom ach. Ale potrzeba uprzytomnić 
sobie ten  fakt, wczuć się weń, by zrozum ieć —  że je s t jak aś  rzeczywista, 
niezniszczalna nić, łącząca życie człow ieka z życiem rośliny i kamienia, 
z życiem innych p lanet i całego Kosmosu.
*  *
*
Ileż razy stawaliśmy oczarowani przed w itrynam i jubilerów , pojąc 
w zrok tajem niczem  pięknem  klejno tów , owych drobnych, barwnych, bez­
cennych cudów natury . Byłaż to  tylko pusta chęć zdobienia się, właściwa 
narodom  dzikim? Po  części i to, ale i „ instynk ty“ dzikich k ry ją  w sobie 
wiele podśw iadom ej celowości. Pustą i bezmyślną dla nas je s t chęć naby­
wania barwnych szkiełek, natom iast tęskno ta za prawdziwemi klejnotam i, 
wyczarowanem i przez Czas, pow ietrze, ogień, wodę i ziemię, k ry je  w sobie 
ciche wołanie N atury, aby zbliżyć się do je j najcudow niejszych tworów  i — 
zrozum ieć ich g łęboką w artość i cel...
Już  w zam ierzchłej starożytności doceniano ukry tą  moc kam ieni szla­
chetnych i posiadano w ielką o nich wiedzę. Z Babilonji, k tó ra  słynęła z prze­
pychu w k lejno tach , z Egip tu  — przyniesiono ją  do Hebrajczyków .
Najwyższy kap łan  Izraelitów  nosił na piersiach — na znak godności 
i po tęg i —  12 kam ieni szlachetnych, z k tórych  każdy symbolizował jedno  
z 12 pokoleń żydowskich. Nie był to  wyraz próżności, ale głęboko ujęte 
m isterjum , k tó rego  znaczenie zaledwie słabo wyśledzić możemy z Kabbały, 
księgi pełnej m ądrości i ukrytych tajem nic.
Grecy, a później Rzymianie, rozwinęli wysoko ku lt kamieni. Pozostałe 
zabvtki archaiczne w form ie różnobarw nych Kamei świadczą najlep iej o ich 
wysokim  kunszcie.
Ilekroć ludzkość pow racała do starodaw nych wierzeń, do wiedzy astro ­
logicznej i alchem icznej, w równym stopniu interesow ała się znaczeniem 
kam ieni szlachetnych, ich po tęgą tajem ną, ich wpływem na ludzi, czego 
dowody spotykam y w rozlicznych h isto rjach  „szczęśliwych“ lub „nieszczę­
śliwych“ kamieni.
„Nieszczęśliwe“ kam ienie zasadniczo nie istnieją. Każdy z nich posiada 
ty lko — podobnie ja k  człowiek —  sw oją w ibrację, barwę i ton, swoją 
liczbę, zam kniętą w budowie kryształu , k tó ra  je s t wyrazem  ich „duszy“ — 
podobnie, ja k  w ibracja, barwa, ton  i liczba mieszczą w sobie tajemnicę 
Jaźni człowieka. O ile w ibracje człow ieka i danego kam ienia harm onizują 
z sobą, względnie harm onijn ie się uzupełniają , kam ień je s t „szczęśliwy“ 
i może oddać wiele usług swemu właścicielowi, w razie przeciwnym — k le j­
no t przynosi raczej niepowodzenia i s ta je  się „w rogiem “ swojego pana. 
Dzieje się tu  to  samo, co z tonam i np. skrzypiec lub fortepianu: pod n ie­
wpraw ną ręką pewne tony  zlew ają się z sobą, tworząc m elodyjny akord,
270
gdy inne rażą dysharm onją i m ogą, —  stosowane czas dłuższy, —  spow o­
dować poważne schorzenia w organizm ie słuchającego.*)
Tajem nica szczęśliwych i nieszczęśliwych kam ieni zam yka się w spo ­
sobie r e a g o w a n i a  c z ł o w i e k a  n a  e m a n a c j e  danego k le jno tu ; 
d latego kam ień — dla jednych przynoszący niepowodzenie — innym, k tó ­
rych w ibracje harm onizow ać będą z w ibracją kam ienia, —- przyniesie radość 
i szczęście.
W kryszta łach  kam ieni szlachetnych k ry je  się w ielka i niezgłębiona 
tajem nica. Specjalne przyrządy, chw ytające na swych kliszach prom ienio­
wanie pewnych ciał, wykazują, że prawdziwe kryształy , k tó re  stw orzyła 
natura w ciągu mil jonów  lat, p rzesycając je  swojem i em anacjam i —  w ydają 
z siebie ja k b y  światło, będące dowodem  ich w ewnętrznego życia; natom iast 
kam ienie sztuczne, tak  zwane syntetyczne, pow ołane do bytu  sztuką che­
miczną, są pod względem  owego prom ieniow ania zupełnie głuche i martwe... 
D latego też, pisząc obecnie o ezoterycznem  znaczeniu kam ieni szlachetnych, 
mówić będę t y l k o  o kam ieniach istotnych — a nie syntetycznych.
Nauka oficjalna, in teresu jąca  się wszelkiemi przejaw am i życia k ry sz ta ­
łów, nie rozw iązała jednak  wszystkich je j  tajem nic. Zbadała wprawdzie 
ich skład chemiczny, oraz n iek tóre warunki, w jak ich  one rosną. N atom iast 
co do barwy, —  k tó ra  mieni się w nich wszystkiem i odcieniami purpury, 
złota, zieleni, błękitu, pom arańczy oraz fioletu, s tw arzając najbogatsze 
odmiany, od najbledszych do najintenzyw niejszych, —  o rzek ła ze zdum ie­
niem, że „natura ciała, barw iącego kryształy, nie została  jeszcze bliżej 
poznaną". Nie uchylono także zasłony, k tó ra  zakryw a ową tw órczą Siłę, 
kształtu jącą kryszta ły  w ich charakterystyczne, sobie ty lko  właściwe i n ie­
zmienne formy. A owe „fo rm y“ to  są właśnie Liczby, w yrażające się w p o ­
szczególnych grupach kryształów  i zam knięte w ich układzie zew nętrznej 
budowy. Owe liczby, k tó re  są „osnową czasu, przestrzeni, wymiarów, ruchu, 
formy. Bez ściśle określonego  liczbowego stosunku elek tronów  do p ro ­
tonu, nie m ogłaby istnieć m ate rja  fizyczna; zm iana tego  stosunku zmienia 
rodzaj elem entów  chemicznych.“ Tak tedy w liczbach i ich wzajem nym  do 
siebie stosunku ukry te  są wszystkie tajem nice i praw a W szechświata.
I oto  liczby te stanow ią m o w ę  i d u s z ę  kryształów ! Przez nie 
wyraża się, objaw ia wew nętrzna tajem nica, zam knięta w cudownym, lśnią­
cym, żywym hieroglifie, jakim  je s t każdy prawdziwy k le jno t. Dusza ta 
przemawia do nas, wzywa —  lub odtrąca... I d latego  na w idok jednych 
kamieni odczuwamy wzruszenie, nieokreśloną bliżej tęsknotę oraz chęć 
posiadania ich, podczas gdy inne nie budzą naszego zainteresowania, albo 
też są powodem  niewytłum aczonego lęku i niechęci. To właśnie głos 
instynktu, k tó ry  mówi nam o pokrew ieństw ie duchowem z danym k ry sz ta ­
łem, albo o w ibracjach, k tó re  m ogą uzupełnić pewien konieczny, a może 
zbyt slaby lub zgoła znikom y ton  w te j harfie Eolskiej, jak ą  je s t nasza 
dusza... Inne zupełnie wyraźnie przem aw iają do nas swą obcością, ostrze­
gając n iejako przed dysharm onijnem i dla nas w ibracjam i...
Każdy kryształ, to  zam knięty w sobie, w łasny świat liczb, i każdy — 
mógłby nam wyjaw ić najprzedziw niejsze o sobie tajem nice.
*) Zobacz T om iry  Zori „U kry ta  po tęga m uzyk i“. (Cena 1 zł, do nabyc ia  
w adm in. „L otosu“).
271
O szafirze m ożnaby pisać całe tomy. Jego  kryształ, o układzie heksa­
gonalnym , mieści w sobie liczbę najwyższych w tajem niczeń: 22. On to 
posłużył w starożytności do utw orzenia św iętego pisma runicznego, w k tó ­
rym streszczona je s t w iedza o Wszechświecie. Szafir to  znak *  (I—X =  
lezous Christos); to  m ądrość, w k tó re j Kabbała zam yka swój wykład o dzie­
sięciu Sefiro tach .1) Szafir, to  „kam ień m ądrości“, o k tórym  mówi Pismo św.: 
„A z wierzchu na rozpostarciu , k tó re  było nad głową ich, było podobień­
stwo stolicy na wejrzeniu, jako  kam ień szafirowy, a nad podobieństwem 
stolicy, na nim z w ierzchu na w ejrzeniu, jako  osoba człow ieka.“ (Eze- 
ch ie l) .  26.)
Średniowieczni alchemicy tracili życie całe nad rozwiązaniem  ta jem ­
nicy szafiru, w  k tórym  tkw i „m agnum  m ag isterjum “. W ierzono bowiem, 
że k to  rozwiąże h ieroglif szafiru, zdobędzie owo „m agisterjum “, owo w ta­
jem niczenie o najgłębszych tajem nicach światów.
Bowiem słusznie powiedział P y tago ras: „W iedza liczb, oraz um iejęt­
ność koncentrow ania woli o tw ierają  nam podw oje Wszechświata, będąc 
dwoma pierw iastkam i (podstawam i) m ag ji.“ C. d. n.
Alice A. Bailey
autoryzowany przek ład  Tom lry Zori
Świadomość atomu
R o z d z i a ł  III.
Ewolucja Formy czyli Ewolucja Grupy.
Ciąg dalszy.
Na pierwszem miejscu mamy proces inwolucji. Jest to okres, w  którym 
zachodzi ograniczanie się życia w e formie czy narzędziu; jest to  proces długi 
i powolny, zabierający miljony i miljony lat. W  wielkim tym  cyklu przyjmuje 
udział każdy rodzaj energji życiowej. Dotyczy on również życia Logosu Sło­
necznego, przejawiające się przez układ słoneczny. Jest on częścią cyklu 
życiowego Ducha planetarnego, przejawiającego się przez ciało planety, jak 
naprzykład nasza Ziemia; w skład jego wchodzi to życie, które nazywamy 
ludzkiem, oraz te najdrobniejsze iskierki energji, które działają przez atomy 
chemiczne. Jest to wielki proces s t a w a n i a  s i ę .  Ten okres ograniczania 
się stopniowo zacieśniającego się uwięzienia i coraz to głębszego schodzenia 
w  materję jest zastąpiony przez okres p r z y s t o s o w a n i a  s i ę ,  w któ­
rym  następuje bliskie ustosunkowanie się życia i formy, wynikiem czego jest 
okres względnej doskonałości tego stosunku wnętrznego. Forma przystoso­
wuje się wówczas do wymogów życia. Poczem w zrost i ekspansja życia 
wnętrznego idzie równolegle z krystalizacją formy, stającej się nieodpowied­
nim środkiem przejaw iania się. W  ślad w ięc za krystalizacją formy nastę­
puje okres jej rozkładu. Ograniczanie i przystosowanie, współpraca, krystali­
zacja i rozkład — oto są stopnie, po których kroczy każde życie, lub ideja, 
wcielona słabiej lub silniej i szukająca w yrazu w  materji.
‘) Pow rócim y jeszcze do tego tem a tu  p rzy  szczegółowem om aw ian iu  szafiru .
272
Zatrzymujemy się na tej myśli w  związku z istotą ludzką. Proces ogra­
niczania się widoczny jest w  fakcie przybrania kształtu fizycznego; w tych 
pierwszych dniach buntu, gdy człowieka przepełniają pragnienia, porywy, 
tęsknoty i ideały, niemożliwe, zda się, do zaspokojenia i wyrażenia. Nastę­
puje później czas przystosowania się, gdy człowiek zaczyna spożytkowywać 
to, co ma i szukać w yrazu zapomocą tych miljardów drobnych żyć, które 
składają się na jego narzędzie fizyczne, uczuciowe i umysłowe. Zasila energją 
te trzy  swoje narzędzia, zmuszając je do wykonywania swych zamierzeń, do 
służenia celom, wypełniając w  ten sposób swą misję życiową — zła lub dobra. 
W  okresie tym  uczy się współpracować ze swemi narzędziami, osiągając to, 
co nazywamy dojrzałością. Wkońcu, w  późniejszych etapach życia, następuje 
krystalizacja formy i niemożliwość jej dalszego użycia. Przychodzi wówczas 
szczęście wyzwolenia, nazywane śmiercią; chwila wielka, gdy duch uwię­
ziony wyzwala się z ciasnej ram y kształtu fizycznego. Nasze pojęcia
0 śmierci są tak błędne; uważaliśmy ją za nieodzowne, nieuniknione zło, pod­
czas gdy w  samej rzeczy jest ona wolnością, jest wstąpieniem w  okres bar­
dziej czynny, jest wyzwoleniem się życia z narzędzia skrystalizowanego, 
z formy, która utraciła swą zewnętrzną i wewnętrzną plastyczność.
Proces ten dotyczy wszystkich form zarówno, nietylko ciał fizycznych 
ludzi. Stosuje się do rządów, religij, do myśli filozoficznej i naukowej. Rozwój 
jego zaznacza się w sposób niesłychanie ciekawy podczas obecnego cyklu. 
W szystko zdaje się być zachwiane; zmienia się s ta ry  porządek rzeczy, nad­
chodzi okres przejściowy; w  każdej dziedzinie myśli rozpadają się dawne for­
my, lecz w  tym  celu jedynie, by wyzwolić więzione w  nich życie, które 
zacznie budować formy bardziej dostosowane, bardziej odpowiednie do swych 
wymogów. Zastanówmy się, dla przykładu, nad dawną formą religijną chrze­
ścijaństwa. Pragnę się zastrzec przed niezrozumieniem mej myśli. W  żadnym 
wypadku nie chcę dać' do zrozumienia, że słabnie duch Chrystjanizmu, nie 
twierdzę również, iż jego odwieczne i wielkie praw dy mogą być błędne. 
Usiłuję jedynie zaznaczyć, że ta  forma, przez którą duch ów przejawia się, 
obecnie nie odpowiada w zupełności celowi i staje się ograniczeniem. Te same 
wielkie prawdy, te same ideje podstawowe wymagają bardziej odpowiedniej 
formy. Myśliciele chrześcijańscy muszą obecnie zdać sobie sprawę z różnicy 
między żyjącą prawdą Chrystjanizmu i skrystalizowaną formą teologiczną. 
Impuls żyw otny nadał Chrystus. W ypowiedział praw dy wieczne i żywe
1 rzucił je w  świat, by przybrały  formę i służyły cierpiącej ludzkości. Zostały 
one odrazu ograniczone przez formy; nastąpił czas, gdy formy te (dogmaty 
i doktryny religijne) w zrastały  stopniowo i kształtow ały się. Nadeszły wieki, 
gdy treść i forma poczęły współpracować i gdy ideały Chrystjanizmu znaj­
dowały w yraz w tej formie. Obecnie rozpoczął się okres krystalizacji; 
wzrastająca wszakże świadomość chrześcijaństwa widzi pewne ograniczenie 
w dogmatach teologów. Wielkie usiłowanie dogmatów, w  ciągu wieków 
całych wznoszone przez teologów i księży, z natury  rzeczy musi ulec roz- 
padnięciu się, w  celu wszakże, by wyzwolić życie wnętrzne, by umożliwić 
mu stworzenie lepszych i doskonalszych narzędzi przejawienia się, by sprostać 
swojemu wielkiemu zadaniu.
Ten sam proces dostrzegamy w  najrozmaitszych szkołach filozoficznych 
Każda z nich w yraża swe cele w  pewnej poszczególnej formie, nie należy
18 273
wszakże zapominać, że poza wszystkiem i formami myślenia jest Treść Jedyna, 
usiłująca przejawić się przez mnogość pojęć.
Jakiż jest cel poza tym  nieskończonym procesem wytwarzania form 
i łączenia ich w  większe zespolenia? Jaka jest jego ukryta przyczyna i jakie 
zamierzenia? Jest niem, jak się zdaje, zdobycie pewnych właściwości, rozsze­
rzenie się świadomości, zdolność urzeczywistniania się, ewolucja inteligencji, 
rozwój cech psychicznych. W ielka Istność, zwana Logosem czy Bogiem, 
działa i żyje w  układzie słonecznym.
Określony cel i zamierzenie istnieje dla atomów wszystkich typów i ga­
tunków. Cel posiada życie atomu chemicznego, widzimy go zarówno w  ato­
mie w iększym  — człowieku; przyjdzie dzień, gdy się ujawni przyczyna bytu 
atomu planetarnego i wielka Ideja słonecznego układu. Czy jest możliwem 
w krótkiem studjum zaw rzeć pewną koncepcję tego celu? Sądzę że możemy 
w ytw orzyć pewne szerokie, ogólne pojęcie, jeśli podejdziemy do tematu 
z należytym  szacunkiem i intuicją, mając zawsze w  pamięci, że tylko ignoranci 
skłonni są do dogmatyzowania i tylko brak w iedzy prawdziwej skłania do 
gubienia się w  szczegółach wspaniałych szematów.
Przekonaliśmy się może, że atom chemiczny ujawnia cechę inteligencji; 
okazuje zmysł rozróżniania i w łaściwości selekcyjne. A więc drobniuchne 
życie, zaw arte w  kształcie atomu, wykazuje pewne w łaściwości psychiczne? 
Atom zostaje wbudowany w  najrozmaitsze formy w  najrozmaitszym czasie 
i stopniach swojego rozwoju i za każdym razem odnosi korzyść określoną 
w  zależności od stopnia świadomości i życia istności ożywiającej daną formę. 
Dla przykładu weźm y atom, wchodzący w skład jakiejś formy w  królestwie 
mineralnem. Cechuje go nietylko zdolność rozróżniania, ale i pewna umie­
jętność dostosowywania się. W śród roślin ukazują się również dwie te cechy, 
w raz z trzecią, nową, którą możnaby nazwać wrażliwością. Inteligencja pier­
wotna atomu zyskała więc nieco, przechodząc z jednej formy do drugiej. 
W zrosła jego świadomość ogólna i reagowanie na kontakty. Przyjrzym y się 
bliżej i szczegółowiej temu procesowi, studiując ewolucję świadomości. Obec­
nie pragnę tylko zaakcentować, że w  świecie roślinnym formy zbudowane 
z atomów wykazują nietylko dużą inteligencję i zdolność przystosowywania 
się, lecz posiadają również wrażliwość, czyli to, co wśród roślin odpowiada 
uczuciom — miłości i nienawiści. Pośród zw ierząt dostrzegamy nietylko 
w szystkie cechy poprzednie, lecz również instynkt, k tóry  dnia pewnego roz­
winie się w  kwiat rozumu. W  człowieku w szystkie te cechy osiągają stopień 
najwyższy, człowiek bowiem jest makrokosmem dla niższych działów natury. 
Jest on jakgdyby bóstwem dla swojego małego św iata; posiada nietylko 
świadomość, ale i s a m o ś w i a d o m o ś ć  w  dodatku. Buduje sam, jak Logos, 
swoje narzędzia przejawiania się; system  swój poddaje kontroli zapomocą 
praw  przyciągania i odpychania, na podobieństwo Logosu, zasila energją 
i jednoczy w  zw artą całość troistą swą naturę. Jest jednią w  trójni, i trójnią 
w  jedności.
P rzed każdym atomem układu słonecznego jest przyszłość. Celem naj­
drobniejszego atomu jest w raz z przesuwaniem się wieków i eonów przejście 
przez formy wszystkich królestw  natury, by ostatecznie stać się cząstką 
składową człowieka.
Rozszerzmy i to  pojęcie — aż na tę W ielką Istotę, która jest życiem 
naszej planety i która świadomością swą ogarnia wszystkie królestwa natury.
274
Czyż ogrom Jej świadomości, rozszczepiającej w  miljony form, nie jest celem 
do osiągnięcia dla ludzkiego atomu? Być może — w bezkresie wieków osiąg­
niemy rozpiętość takiej świadomości, podczas gdy świadomość tej niepojętej 
Istności wzniesie się do świadomości całego układu słonecznego. Czy nie jest 
logiczną hipotezą twierdzenie, iż między świadomością atomu chemicznego, 
a świadomością Słonecznego Logosu nie istnieją przepaście, lecz rozwój 
stopniowy i stopniowe przechodzenie w  formy coraz to wyższe.
Gdy pojęcie to wbudujemy w  naszą świadomość, gdy jasnem się nam 
stanie, że poza każdym przejawem jest określony cel i treść, gdy uświado­
mimy sobie, że najmniejsze wydarzenie jest wynikiem świadomej woli Kie­
rowniczego i że wszystko posiada określony cel i zamierzenie — natenczas 
zdobędziemy klucz do siebie i otoczenia. Jeśli uświadomimy sobie naprzykład, 
że możemy budować, rozwijać i oczyszczać ciała nasze fizyczne, że możemy 
kontrolować naszą naturę uczuciową, że odpowiedzialni jesteśmy za rozwój 
naszego umysłu; gdy uświadomimy sobie jasno, że nasze istotne „Ja" jest 
czynnikiem ożywiającym troistość naszej istoty i że z chwilą wyzwolenia 
się, odejścia tego czynnika, ciała nasze dezyntegrują się — wówczas może 
pojmiemy, czerń jest dla naszej planety Istność nią rządząca i przejawiająca 
się prze materię, lądy, religje, organizacje. Zrozumiemy wówczas tajemnicę 
księżyca — tego trupa przestw orzy, zrozumiemy, czem będzie nasz układ 
słoneczny z chwilą odejścia zeń Życia Logosu, którego chwilowym przejawem 
są ciała niebieskie.
Spróbujmy znaleźć zastosowanie praktyczne dla naszych pojęć. Żyjemy 
w okresie w strząsów  i rozpadania się system atów  myślowych, w  okresie 
ostrego krytycyzmu, dotykającego dogmatów religijnych i doktryn społecz­
nych. Rozpada się również w  pył wiele uprzednich pojęć naukowych, chwieją 
się w podstawach twierdzenia dawnej filozofii. Żyjemy w  czasach trudnych, 
musimy jednak pamiętać, że życie, przejawiające się skroś rozmaite formy, 
stało się zbyt silne, że się w  nich nie zmieszczą, że stają się one dlań więzie­
niem i ograniczeniem. I pamiętać musimy, że ten okres przem iany zaw iera 
w sobie największą obietnicę, jaką znają czasy. Niema w ięc miejsca na roz­
pacz i pesymizm. Radości i oczekiwania mamy być pełni. Odczuwamy lęk, 
bowiem zagrożone są jakgdyby podstaw y pojęć religijnych i filozoficznych, 
piastowanych przez długie wieki; pochodzi to stąd, że zrośliśmy się z f o r m ą ,  
że mile nam są ograniczenia. Życie burzy dawne formy, by zbudować nowe 
i posuwać się w  rozwoju. To, co dziś ma miejsce — ułatwi pracę przyszłym  
budowniczym świata.
Myśl ta  w yda się nam może zbyt fantastyczną i nierzeczywistą. W szakże 
hipotezy nawet nie należy odrzucać bez uprzedniego zbadania. Chwieją się 
podstawy życia rodzinnego, społecznego i tw ierdza nauki materjalistycznej. 
Czem są cywilizacje? Religja? Rasy? Są to formy tylko, skroś które przeja­
wić się usiłuje troiste życie Logosu. Podobnie jak nasza Jaźń w yraża się 
przez ciało fizyczne, naturę uczuciową i myślową, tak też i On w yraz znaj­
duje przez całokształt życia natury, przez narody, rasy, religje, system y 
filozoficzne i naukowe. I w raz z pulsowaniem Jego życia, skroś boskie Jego 
ciało — my, komórki i atomy tego ciała, w raz z Nim przeżywam y każdą zmia­
nę, przechodząc z jednego stadjum w drugie. W raz z postępem czasu i rozwo­
jem naszej świadomości coraz to jaśniejszym będzie dla nas Wielki Plan, czy­
niąc możliwą ewentualną współpracę z nim.
18* 275
Pragnę streścić zasadniczą myśl tego rozdziału: Materja nieorganiczna 
nie istnieje, atom zaś każdy jest życiem. W szystkie formy żyją, i każda z nich 
jest narzędziem świadomości jakiejś istności. Odnosi się to do form prostych, 
oraz ich agregatów  zarówno. Być może rzuci to pewne światło na tajemnicę 
nas samych i naszego układu słonecznego.
M. Wiktor (Kraków)
Chirozofja
Ciąg dalszy.
Ocena chiromantycznej prognozy z naukowego punktu widzenia jest bar­
dzo trudna i chyba nigdy nie da się z całą dokładnością powiedzieć, gdzie się 
kończy chiromancja jako metoda i system, a gdzie wchodzą w  grę zdolności 
metagnomiczne. Nie należy jednakże wnioskować, jakoby cała chiromancja 
nie miała żadnego realnego podłoża i była jedynie jakimś fantastycznym, 
nieuchwytnym mirażem, opartym  wyłącznie na zdolnościach jasnowidzenia 
i medjumiźmie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że między zewnętrznym 
kształtem  ciała, a charakterem  i psychicznemi właściwościami z jednej strony, 
zaś charakterem  a chorobą z drugiej strony, istnieją ścisłe, przyczynowe 
związki wzajemne. Nasz zew nętrzny wygląd jest bowiem formą i obrazem 
duchowego oblicza. I ta właśnie, ściśle naukowa obserwacja, iż pewne ducho­
w e przeżycia i stany człowieka wywołują ściśle określone skutki fizyczne, 
stw orzyła naukę empiryczną, t. zw. charakterologję, której gałęzią jest chiro­
mancja.
Na tej podstawie i z tych wychodząc przesłanek, musimy uważać chiro­
mancję za naukę doświadczalną, opartą na obserwacji skutków i przyczyn, 
przyczem  przedewszystkiem  powinna ona dla medycyny mieć wielkie prak­
tyczne znaczenie. Stanowisko takie wym aga w  pierwszym  rzędzie dokładnej 
rewizji dotychczasowych metod chiromancji i jej reguł. Jest to praca olbrzy­
mia, wym agająca czasu i licznego zastępu pracowników, o zdrowym  k ry ty ­
cyzmie i wybitnym  zmyśle obserwacyjnym. P racę taką podjęto już w  ostatnim 
czasie w  Niemczech, we Francji i w  Anglji, a dotychczasowe wyniki w ska­
zują na to, iż otw orzy ona przed nami liczne i bardzo doniosłe możliwości 
praktyczne, na które dotychczas nauka nie zwróciła jeszcze uwagi, uzupełni 
i rozszerzy naszą wiedzę o psycho-fizycznych związkach i zależnościach czło­
wieka, pogłębi naszą znajomość psychiki ludzkiej.
Takie stanowisko wobec chiromancji zajmuje wyżej wspomniany 
Dr. Schrenck-Notzitig, badacz bardzo ostrożny i krytyczny. Pisze on: 
(„Handlesekunst u. W issenschaft“).
„...Od w rażeń dotykowych, cieplnych i bolesnych należy odróżnić w ra­
żenia mięśniowe, czyli w rażenia innerwacji mięśni..., informujących nas prze­
dewszystkiem  o aktywnym  czy pasywnym  stanie mięśni i ich kontrakcji, 
oraz o różnicach ucisku wywołanego od zewnątrz. Normalnie wszystkie te 
w rażenia pozostają w  sferze naszej podświadomości, a dochodzą do świado­
mości dopiero z chwilą celowych ruchów mięśni, spowodowanych naszą
276
wolą, zaś na skutek przyzwyczajenia, stają się automatycznemu Energja mo- 
toryczna, powstająca w  centrach nerwów motorycznych, przedstaw ia więc 
czynność duchową. Szczególnie zaś ręka jest doskonałym środkiem pomoc­
niczym studiowania procesów psychomotorycznych, będących w yrazem  
oscylacji bodźców i zahamowań. Wiemy, że także podświadome nasze życie 
psychiczne może się objawiać w  drobnych ruchach mięśni, towarzyszących 
każdemu procesowi psychicznemu. Zjawisko t. zw. kumberlandyzmu potw ier­
dza to wyraźnie.
Również mięśniowa aktywność palców stała się przedmiotem licznych 
naukowych badań. Okazało się, że jest ona w  znacznym stopniu zależną od 
psychicznych czynności, co więcej, że ruch mięśni palców jest jednym z naj­
subtelniejszych i najbardziej bezpośrednich reakcji na czynności psychiczne. 
Mięśnie znajdują się — według badań R ihtera — stale w  stanie napięcia 
i podrażnienia. Impulsy nerwowe motorycznych ośrodków mózgowych są 
nieodłączne od wszelkiego w rażenia zmysłowego, od wszelkiego czucia i w y ­
obrażenia. Szczególnie w yraźnie objawia się wszelka psychiczna działalność 
w  owym organie, k tóry  na skutek swej względnej niezależności i morfologicz­
nie silnie zróżnicowanej czynności, stał się głównym pośrednikiem między 
naszym ciałem a otoczeniem ■— t. j. w  ręce, która stanowi pewne określone 
kryterium  mentalności jej właściciela...
Chorobliwe odchylenia od normy, zmiany na skutek złej przem iany ma­
terii, deformacje, — wogóle cała patologja ręki pod względem anatomicznym 
i fizjologicznym, może stanowić ważne wskazówki i punkty zaczepne dla 
chiromantycznej diagnostyki. Cyanotyczny wygląd skóry, nabrzmienia sta­
wowe, zgrubienia kości, nienormalny rozrost, deformacje paznokci i t. p„ 
pozwalają wnioskować o pewnych stanach chorobowych. Tu także należą 
zaburzenia w działaniu mięśni, jak np. drżenie, paraliże, skurcze (askineza 
i hiperkineza, ataxia, kontraktury i t. d.). Patogeniczne symptomy tego 
rodzaju są klinicznie bardzo ważne i mogą pozwolić na daleko idące wnioski
0 ogólnych psychicznych danych odnośnej osoby, nie mówiąc już o schorze­
niach specjalnych (jak np. histeria i inne newrozy, stany osłabienia, złej prze­
miany materji, chorobach umysłowych i t. d.). Przypominam dalej degenera- 
tywne zmiany antropologiczne, różnice między poszczególnemi typami rąk!
W  ręce posiada organizm ludzki, zarówno pod względem życia indywi­
dualnego jak i psycho-socjalnego pierwszorzędny narząd ekspresji zew nętrz­
nej. Ma do pewnego stopnia słuszność Anaxagoras, jeśli zw raca uwagę na to, 
iż człowiek zawdzięcza po wielkiej części swoją wiedzę i przewagę życiową 
użyciu swej ręki. Dla Egipcjan była ona symbolem siły, dla Rzymian w ier­
ności. Uścisk i gest ręki stanowią niezawodny środek poznania indywidual­
ności psychicznej danej jednostki. Sposób podawania ręki przy powitaniu
1 pożegnaniu pozostawia pewne określone w rażenie o charakterze danej 
osoby, np. o jej sile woli, otwartości, lojalności, o jej serdecznem lub oziębłem 
odnoszeniu się, skromności, zdecydowaniu, podstępie, impulsywności, ducho­
wej równowadze lub podnieceniu i innych psychicznych własnościach...
Z powyższych krótkich uwag widać już, jak dalece psychika jednostki 
może się manifestować w  ruchach ręki. Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego 
chrześcijańska sekta t. zw. barbarytów  utrzym ywała, ż e  r ę k a  j e s t  s y n ­
t e z ą  c a ł e g o  l u d z k i e g o  ż y c i a .
277
Można wreszcie w  wykonaniu sztuki tej dojść do takiej wprawy, jaką 
ma Sicler, dla którego cała ręka, ze wszystkiem i znakami, przedstawia jeden 
wielki hieroglif, k tóry potrafił odczytywać, niczem stronice książki. Lekarze 
średniowieczni stawiali na podstawie rąk diagnozy, a po dziś dzień czyni się 
to jeszcze na Wschodzie.
Ręka może nam również odsłonić — analogicznie do psychoanalizy — 
intymne strony naszego życia duchowego, i to nietylko na podstawie żywej 
gry  mięśni, odzwierciedlającej elementy psychiczne, lecz także dzięki pewnym 
trwałym , anatomicznym śladom, będącym następstwem  określonych ducho­
wych własności i przeżyć organizmu (np. chorób, czynności zawodowych 
i t. d.). Również i ręka ulega z biegiem indywidualnego rozwoju pewnej meta­
morfozie. Ręka dziecka -ócio letniego jest inną, niż w  okresie dojrzewania, 
a ta różni się znowu od ręki osoby dorosłej. Ręka młodego dziewczęcia jest 
inną, niż ręka starszej, dojrzałej kobiety. Zmienna sieć linij rąk ma więc pewne 
psycho-biologiczne znaczenie. Cały mechanizm ruchów mięśniowych, różnica, 
w  ruchliwości poszczególnych członów, stan skóry w raz z tkanką, leżącą 
pod nią, wszystko to w yznacza charakter i przebieg linij, brózd i fałdów 
skórnych, podlegających w  ciągu życia zmianom, lecz stanowiących mimo to 
— dzięki stałym  swoim cechom — pewnego rodzaju pamięć przeszłych w y ­
darzeń.
Stw ierdzenie prawdziwości podanych przez chiromantę faktów z prze­
szłości i teraźniejszości, ma dla klijenta jednakże tylko w artość pośrednią, 
utrwalającą go przedewszystkiem  w  wierze w  dywinacyjne zdolności chiro- 
manty. Mało znalazłoby się ludzi takich, którym by to w ystarczało. I rzeczy­
wiście pewna część przepowiedni przyszłości — jak świadczą o tern liczne 
św iadectwa godnych zaufania świadków — nie podpada w  zakres banalnych, 
przypadkowych wróżb, opartych na pewnych ogólnych, wspólnych w szyst­
kim ludziom, wydarzeniach życiowych i losów.
Jak  widać, nie brak chiromancji — podobnie jak i grafologji pewnego 
realnego podłoża, a naw et naukowego uzasadnienia.
Tyle Schrenck-Notzing. Widzimy stąd, że chiromancja może być także 
czem innem jeszcze, niż tylko naiwnym zabobonem, opartym  na ludzkiej 
łatwowierności i bojaźni przed tern, co będzie. Że potrafi ona oddać ważne 
przysługi medycynie, o tern przekonuje nas nietylko rozważanie teoretyczne, 
lecz także praktyka całego szeregu osób, stosujących chiromancję dla celów 
diagnostycznych. P rzed kilkoma laty głośny był wypadek pewnego łotew­
skiego ziemianina, niejakiego Edwina v. Rinne, k tóry  na podstawie długo­
letniej praktyki nabrał przekonania, iż ręka ludzka, podobnie jak oko, jest 
obrazem jego fizycznej konstytucji, jego organizmu, charakteru, a do pewnego 
stopnia także całego życia. Przekonaniu temu daje on w yraz  w licznych w y­
kładach, artykułach i broszurach. Posiada on całe stosy dowodów trafności 
jego diagnoz chiromantycznych, a jeden z takich wypadków  — który w  swoim 
czasie narobił wiele hałasu — przytoczę poniżej.
Pewien znany muzyk zgłosił się do p. Rinna z prośbą o powiadomienie 
go, na co w łaściw ie cierpi, gdyż był on już u wielu łotewskich i niemieckich 
lekarzy, a praw ie każdy z nich inną staw iał diagnozę. Orzeczenie p. Rinna 
brzmiało: „schorzenie w ątroby i skłonność do raka". Malarz ów udał się na 
drugi dzień do szpitala i opowiedział tam o całym  wypadku. Zaczęto go grun­
townie badać, lecz nie stwierdzono żadnej choroby wątroby. Ponieważ chciano
27(9
przy tej okazji załatw ić się z niepożądanym konkurentem i znachorem, za trzy ­
mano naszego malarza na kilka dni w  szpitalu. Pompowano żołądek, badano 
krew, mocz i t .  d. i dano mu na odchodne dobrą radę, by na przyszłość nie 
zaw racał sobie głowy szarlatanami, a wypadek ten posłużył lekarzom za 
bezpośredni powód do wystąpienia przeciwko p. Rinnowi na drodze sądowej. 
Na rozpraw ie orzekł sprowadzony rzeczoznawca, pewien w ybitny lekarz, 
iż mimo w szystko może istnieć jeszcze możność schorzenia wątroby, lecz by 
to niezbicie stwierdzić, należałoby przeprowadzić operację. Dziwnym trafem 
pacjent w yraził chęć poddania się takiej operacji, gdyż chciał mieć przede- 
wszystkiem  pewność co do swojej osoby. Operację przeprowadzono, 
i — stwierdzono raka w ątroby i to w  tak późnem stadium, że musiano poprostu 
ranę zpowrotem zaszyć, gdyż na operacyjny zabieg było już za późno. Po 
paru miesiącach muzyk zakończył życie.
Już Paracelsus, ów buntownik i rewolucjonista w  medycynie twierdził, 
iż lokalne leczenie choroby jest zawsze tylko połowiczne i nie usuwa zasad­
niczych przyczyn, które, jego zdaniem, zawsze tkw ią w  psychicznem podłożu 
pacjenta, objawiając się na długo przed wystąpieniem  danej choroby 
w  pewnych znakach na jego ręce, paznokciach, tęczówce oka, w  piśmie, 
w  tw arzy  i t. p.
Także Hegel w  swojej „Phänomenologie des Geistes“ jest zdania, że 
„żadne wzruszenie, żaden m yślowy proces nie odbywa się w  nas, któryby 
w  ostatecznych swoich konsekwencjach nie powodował zmiany w  ręce. Mniej 
czy więcej w yraźne przemiany, łączące się z każdą myślą lub uczuciem 
naszego organizmu, nie ominą żadnej z poszczególnych jego części, najmniej 
zaś rękę, która jest najściślej ze wszelkich członków ciała połączona z móz­
giem.“
To też lekceważące pomijanie chiromancji polega jedynie na nieznajo­
mości jej zasad i jej podłoża psycho-fizjologicznego, a zarzut, jakoby dlatego 
już chiromancja nie zasługiwała na poważne traktowanie, iż celem jej jest 
także „przepowiadanie przyszłości“ i pospolita wróżba, nie jest bynajmniej 
decydujący, bowiem nie to stanowi rdzeń i istotę chiromancji. Kwestja ta 
w iąże się z problemem medjumizmu i jasnowidzenia, także już naukowo 
uznanego. Chiromancja, jak to już zresztą i średniowieczni chiromanci zauwa­
żyli, ma charakter mieszany, niejednolity, gdyż poza wiedzą teoretyczną
0 zależnościach pewnych form i znaków ręki z narządami organizmu, wcho­
dzą tu w  grę jeszcze pewne czynniki psychiczne, bardzo nieuchwytne, pewna 
intuicyjna wnikliwość psychiczna, którą chiromanci średniowieczni zwali 
prudentia. I już w tedy za cel w łaściw y staw iano sobie wydobycie na jaw
1 analizowanie tego, co w  życiu osobnika może przyczynić się do jego dobra 
i powodzenia, oraz tych momentów, które mogą uchronić go przed złem, 
z tern zastrzeżeniem, że wprawdzie struktura ręki z jej znakami pozwala na 
ścisłe wnioski o naturalnych siłach psychicznych i fizycznych, danych jed­
nostce od urodzenia, oraz o ich naturalnem oddziaływaniu, lecz że w ydarze­
nia w  życiu człowieka, czyli kierunek, w  jakim dane w ładze zostaną zużyt­
kowane i zaktyw izowane — można określić tylko z pewnem prawdopodo­
bieństwem, nigdy zaś z pełną pewnością. Bowiem nie można tu, podobnie jak 
i w  astrologii, zapominać o tern, że człowiek posiada wolną wolę oraz wolny 
wybór, a postanowienia jego są zależne nietylko od jego osobistych w łaści­
wości, lecz również od otoczenia, w  jakiem się znajduje.
279
wydawnictwa zapowiedziane
Myślokształty.
Jedną z dziedzin, w której uderza zbliżanie się badań nauki współczesnej 
do tw ierdzeń okultyzmu jest psychologia wyobraźni.
Myśl, wyobraźnia twórcza, jest u podłoża wszelkiej działalności czło­
wieka. Nic nie zostało zdziałane ani stworzone przez ludzkość, coby nie było 
wpierw  pomyślane, wyobrażone, co nie zaistniało jako „obraz", pomysł, idea 
w umyśle człowieka. Samolot, drapacz nieba, olbrzymi statek transatlantycki, 
równie jak najdrobniejszy przedmiot codziennego użytku, czy też dzieło 
sztuki — pomnik, gmach, poemat, poczęły się wszystkie jako obrazy, zamiary, 
wizje w  myśli, w  twórczej wyobraźni człowieka. Poza każdem słowem, które 
wymawiamy, kryje się też pewien obraz, każde jest właściw ie wypromienio- 
waniem, rzutem, czyli „symbolem“ pewnego kształtu.
„Myśli, to  rzeczy" — głosi starożytne induskie twierdzenie. W łaśnie do 
odkrycia eksperymentalnego prawdziwości tego tw ierdzenia zbliża się nauka 
współczesna, a zna je oddawna okultyzm.
Każda myśl nasza, jak i uczucie w ytw arza wibrację w  otaczającem nas 
zewsząd morzu subtelnej materji, wywołując nietylko barwę, ale i kształt. 
Tworzenie się tych „m yślo-kształtów“ jest bardzo podobne do „figur Chlad- 
niego", w ytw arzanych przez dźwięk.
Może nie jesteśmy dalecy od chwili gdy czuła klisza aparatu fotograficz­
nego odbije i ukaże nam w yraźnie nieprzeliczone odmiany wciąż tworzonych 
przez człowieka myślo-kształtów.
Badania okultystyczne dają w tej dziedzinie niezmiernie ciekawe rezul­
taty. Nowe angielskie wydanie książki p. t. „M yślokształty", przedstawia 
nam w  treściwej, każdemu dostępnej formie dorobek wielokrotnie sprawdza­
nych obserwacyj. Najpierw porównanie geometrycznych kształtów , w ytw a­
rzanych przez dźwięk z badanemi i odtworzonemi na barwnych tablicach 
„myślo-kształtami", przyczem  uderza niejednokrotnie niemal identyczność 
rodzaju, kształtów  i linij budowy. Dalej wyniki badania barw  i ich znaczeń 
psychologicznych; każda bowiem myśl, zarówno jak wzruszenie w ytw arza 
specjalną sobie tylko w łaściwą wibrację, a więc i barwę. W prawdzie nie­
skończone trudności napotyka okultysta, usiłujący oddać w  skali fizycznych 
barw  wszelkie wodziane w  stokroć subtelniejszej materji odcienie, kolory 
świetliste, jarzące, żywe, iskrzące, płomieniste i t. p„ na co się skarżą i auto- 
rowie tej książki, jednak tablice barwne (w  liczbie 30-stu), bardzo starannie 
wykonane, dają niezmiernie cenną pomoc w  orientowaniu się i rozumieniu tej 
dziedziny. Czytelnik widzi przed sobą „w yraz“ myślo-kształtu zazdrości 
i strachu, śmiercionośnego gniewu czy dzikiej żądzy, jak i prześliczne pro­
mieniowanie miłości, ochraniające skrzydła macierzyńskiego przywiązania 
czy głębokich uczuć przyjaźni; widzi chmury barwne o mglistych konturach 
— w ytw ór niewyrobionych albo leniwych umysłów, obok linij o przedziwnej 
czystości rysunku, kształtów  niemal geometrycznych — rezultatu myśli filo­
zofa czy wzniosłego myśliciela. W idzi ponure barw y rozpacznych myśli gra- 
czów w  Monte-Carlo, czy „trem y" zazwyczaj pewnego siebie artysty , przy
wchodzeniu na scenę, obok wspaniałych kształtów , tworzonych w  głębokiej 
medytacji i modlitwie; porywów  współczucia, uwielbienia czy nabożnej czci. 
Wkońcu olbrzymie struktury  praw ie architektoniczne, tworzone przez mu­
zykę W agnera obok delikatnej figury, zarysowanej „pieśnią bez słów“ Men- 
delsohna.
Staranne przestudiowanie tej książki zapoznaje nas z olbrzymią dziedziną 
myśli i jej działania, z prawami, jakie nią rządzą, oraz skutkami, jakie na nas 
samych, zarówno jak i na innych i cały otaczający nas św iat nieuniknienie 
mieć musi kadży ruch naszej myśli, każdy jej wysiłek czy kierunek, każdy 
poryw dążeia, wzruszenia, uczucia. Książka ta wprow adza nas w  przebogaty 
świat, w  którym  każdy z nas jest nieświadomym a jednak potężnym  twórcą, 
który każdej chwili zaludnia mnóstwem „żyw ych“, ruchliwych i silnych two­
rów otaczającą atmosferę. P rzestudiow aw szy tę książkę (polskie jej tłuma­
czenie wyjdzie niebawem z druku), lepiej zrozumiemy życie i naszą wobec 
niego odpowiedzialność, lepiej poznamy swą w łasną moc i utajone w  nas moż­
liwości, a może znajdziemy również zachętę i wskazówkę, jak świadomie roz­
wijać i używać tej w ładzy, k tóra nas „Bogu czyni podobnym“, ku pożytkowi 
społeczności, w  której żyjemy, Narodu, któremu służyć chcemy, oraz ogólnej 
ewolucji Człowieka w  jego drodze ku Szczęściu. W. R.
W spom n iana  k siążka  C. W . L eadbea tera  i A nnie B esan t p. t. „M yślokształty“ 
wyjdzie we w rześn iu  b. r. n ak ład em  P. T ow arzystw a Teozoficznego w  W arszaw ie  
w cenie ponad  10 zł. Z am ów ienia k ierow ać pod ad resem  „Lotosu“ najpóźn ie j do 
15 sie rpn ia  b. r. (Przyp. red.)
Dusza i jej mechanizm — Alice A. Bailey
Rola gruczołów bezkanałowych (hormonowych) w psychice ludzkiej.
Dzieło to, tłumaczone jednocześnie na kilka języków  europejskich, w yj­
dzie nakładem „Lotosu“ w e wrześniu b. r. Niezwykłe swe powodzenie książka 
ta zawdzięcza nietylko głębokiej erudycji autorki, lecz i aktualności tematu, 
dotyczącego najdonioślejszego zagadnienia nowoczesnej nauki: wpływu gru­
czołów hormonowych na psychikę ludzką, na charakter, postępowanie, tem­
perament, zalety i wady, nawet na wygląd zewnętrzny jednostki.
Teorja gruczołowa dzieli ludzkość na 7 zasadniczych typów psycholo­
gicznych, w zależności od przewagi wydzielin jednego z siedmiu gruczołów 
bezkanałowych.
Pani Bailey, którą pisma francuskie nazywają »la plus brillante femme 
du monde«, daje na kartach swej książki nietylko zarys najnowszych psycholo­
gicznych teoryj Zachodu w  odniesieniu do funkcyj gruczołów, lecz i streszcze­
nie wschodniej nauki o ośrodkach magnetycznych (chakrams), będących ete­
rycznym odpowiednikiem gruczołów bezkanołowych, ich działalności i roz­
woju. Niezmiernie ciekawie pomyślany jest rozdział 4-ty p. t. „Umiejscowie­
nie Duszy“, w  którym  Autorka podaje krótki przegląd wszystkich istnieją­
cych teoryj o siedzibie Duszy, o jej umiejscowieniu w  ciele człowieka, od 
czasów najdawniejszych — w Chaldei, Egipcie, Helladzie — aż do poglądów 
wybitnych szkół filozoficznych naszej doby.
Ciekawy jest również rozdział poświęcony ciału eterycznemu i najnow­
szym badaniom w  tym kierunku.
281
Duża erudycja, głęboka znajomość Nauki Wschodu i Zachodu, prostota 
ujęcia, jasność stylu i aktualność tematu, składają się na istotnie wartościową 
całość — zarówno dla specjalisty, jak i laika, nieobeznanego z tym fascynują­
cym problemem psychologii.
Książka jest opatrzona przedmową pióra jednego z najsławniejszych 
psychologów Ameryki, prof. H. O verstreet'a .
Zarówno prasa am erykańska jak i europejska dzieło to nazywa „najcen­
niejszym darem" dla nauki badającej psyche ludzką.
Zadaniem książki jest przerzucenie mostu między odwieczną Mądrością 
Orjentu i nowoczesną nauką Zachodu, wytworzeniem  syntezy dwóch aspek­
tów  Praw dy.
Cena k siążk i d la  Czytelników  Lotosu w yniesie  około 3 zł, w h an d lu  k sięgar­
sk im  6 zł. — Z ain teresow anych  p rosim y  o podan ie sw ych adresów  najpóźniej 
do 15 s ie rpn ia . K siążkę roześlem y w  p ierw szej połow ie w rześnia.
Sztuka życia
Praktyczne wskazówki leczniczo-dietetyczne.
Sam oleczen ie się .
Chcę do tknąć najw iększej bodaj bolączki ludzkości, po legającej n a  cierp ie­
n iach  i ty siącznych  dolegliw ościach, w yw ołanych  u t r a tą  zdrow ia. Nie spo tykam y 
dziś p raw ie  człow ieka, k tóryby , po p rze jśc iu  ok resu  fizycznej dojrzałości, n ie był 
do tkn ię ty  ja k ą ś  chorobą, z a tru w a ją cą  m u m niej lub  więcej ja sne  chw ile życia. 
W idzim y ludzi, k tó rych  bytow anie je s t jednem , n iep rzerw anem  pasm em  cierp ie­
n ia . W spó łczu jem y im , pocieszam y ich  zdaw kow ą m onetą, lecz zasłan iam y  przed 
n im i go rzką  p raw dę, — że g łów nym i tw órcam i swej gehenny  są  oni sam i. Za­
pew ne — są  choroby i ułom ności, k tó re  człow iek przynosi n a  św iat, n a  mocy 
p raw a  dziedziczności już w  poczęciu i dźw igać je  m usi, jako  krzyż żywota, jako 
sw ą K arm ę. Są to jed n ak  w ypadk i nieliczne. W iększość chorób w yn ika  z powodu 
n iep rzes trzegan ia  i lekcew ażen ia fizycznych i m o ra lnych  p raw  przyrody, owego 
najw yższego p raw odaw cy  i n ieub łaganego  a  nieom ylnego sędziego. C ierpienia 
karm iczne  pochodzą z tego sam ego źródła, lecz są  n as tęp stw em  grzechów  popeł­
n ian y ch  w żyw otach  poprzednich . I dziw nem  je s t za iste  zjaw isko, że ludzie zw a­
la ją  w inę n a  los, p rzeznaczenie, p rześ ladu jące  ich  rzekom o fa tum , lub  wrogie 
okoliczności, zaś n ie  chcą w iny  sw ych c ie rp ień  p rzyp isać  w łasne j lekkom yślności, 
lub  n ieum ie ję tno śc i życia. W szystko  — byle n ie  to! Są to  ludzie skazan i p rze­
w ażnie n a  pchan ie  swej taczk i bolesnej do śm ierci — n ie u ra tu je  ich n ik t, skoro 
sam i siebie ra tow ać  nie chcą.
T ym czasem  ra tow ać  się m ożna p raw ie  zawsze, zaw raca jąc  z u tartego  goś­
cińca m iłych  a  zgubnych  nałogów , n a  drogę rozsądku , zrozum ien ia  p raw  życia 
i p anow an ia  n ad  sobą. — T rzeba trzeźw o pa trzeć  w  ja sn e  k a r ty  p raw  przyrody, 
będących n am  n ieom ylnym  drogow skazem , zrozum ieć je um ysłem , ukochać s e r ­
cem  i w  m yśl ich  p rzy k azań  snuć w stęgę sw ych m yśli, uczuć i czynów. Człowiek 
jako  pojedynczy a tom  jednej ludzkiej rodziny, zw iązany  z n ią  w spólnością idei
2%
oraz interesów , obow iązany jest, poza sfe rą  sw ych osobistych sp raw  i am bicyj, 
p rzyjm ow ać żywy udzia ł w zagadn ien iach  ogólno-ludzkich. Każde n iedorozw inię- 
cie organów  fizycznych prow adzi do ich  o słab ien ia  lub  zan iku . Człowiek je st 
stw orzony do p racy  fizycznej, tak , ja k  każde zw ierzę, k tó re  d la  w yżyw ienia 
siebie i rodziny  m usi trw ać  w n ieu s tan n e j p racy  i zapobiegliw ym  ru chu . N ik t 
zw ierzęciu pożyw ienia nie poda — jeśli ono podlegnie niezdolności do p racy  — 
ginie g łodow ą śm iercią . D latego też w św iecie zw ierzęcym , ży jącym  n a  łonie 
przyrody, n ie  spo tykam y  objawów  chorobliw ej tuszy, p rzek racza jące j norm ę od­
tłuszczen ia  pewnego ga tunku . Objawy te  n ad e r  często w idziane u  ludzi, w sk a ­
zu ją  n a  proces złej p rzem iany  m a te r ji w sku tek  zan iechan ia  p racy  fizycznej i nie- 
um ia rk o w an ia  w  jedzeniu . Również zan iedban ie  po la p racy  um ysłow ej, p ro ­
w adzi do zan iku  in te ligencji i ogólnego osłab ien ia  dzia ła lnośc i psychicznej. 
Z d rug ie j s trony  p row adzą ludzie swe zdrow ie do upadku , przez nadużycia  
wszelkiego rodza ju , używ anie n arko tyków  i t. p., co pow oduje przem ęczenie 
organów  i rozw ijan ie  się zgubnych  i tru d n y ch  do zw alczan ia nałogów .
M usim y sobie uśw iadom ić fak t, że w  przyrodzie n iem a  ab so lu tnych  trucizn , 
ta k  jak  n iem a rzeczy w yłącznie odżywczych i dobroczynnie dz ia ła jących  n a  o r­
ganizm , o ile w ich  spożyciu n ie zostan ie  zachow ana w łaściw a m ia ra . N a js iln ie j­
sze trucizny , stosow ane w  m a łych  daw kach , w yw ołu ją  d z ia łan ie  dodatn ie  — 
rzeczy najzdrow sze, spożyw ane n adm iern ie  lub  w  n iew łaśc iw em  zestaw ien iu  
pokarm ów , m ogą się s tać  pow odem  pow ażnych  zabu rzeń  w  organizm ie. O w szyst- 
k iem  stanow i w łaściw a m ia ra , k tó ra  pow inna stanow ić podw alinę  w  no rm ow a­
n iu  życia ludzkiego. Każde zan iedban ie  w  rozw oju  jak iegoko lw iek  o rganu , p ro ­
w adzi konsekw en tn ie  do zm n iejszen ia  jego energ ji po tencja lne j, aż do zupełnego 
zan iku  — każde nadużycie w yw ołu je p rzep racow an ie  organów , u zew nętrzn ia jące  
się w ich  s tan ach  chorobowych.
O kultyzm  tw ierdzi, że p rzyczyna w szelkich  zboczeń fizycznych tkw i w choro­
bie duszy. Zasadniczo zgadzam y się z tern tw ierdzeniem , rozum iejąc , że ciało 
fizyczne, k sz ta łtu jące  się n a  m odłę c ia ła  astra lnego , może być od niego w  zupeł­
nej zależności. O ddziaływ anie ogólne pew nych  stanów  psychicznych  n a  zdrowie, 
je s t n am  znane z obserw acji życiowej; nie w iem y jednak , w  jak i sposób się ono 
odbywa, an i m ożem y tab licy  chorób przeciw staw ić  tab licy  zboczeń w ciele 
as tra ln em  i dziedzinach  duszy. I jeśli dziś, p rzy  o lbrzym im  rozw oju chem ji 
i m edycyny ,nie jesteśm y  jeszcze w  m ożności dok ładn ie  w yjaśn ić  w ielu  procesów  
fizjologicznych c ia ła  fizycznego, nie m ożem y określić  funkcy j różnych  narządów , 
to co dziwnego, że zam kn ię tą  je s t d la  n as  księga, odbyw ających  się w  jaźn i lu d z­
kiej n a jsub te ln ie jszych  i n ieuchw y tnych  procesów  psychologicznych. To, co n as  
jednak  doszło z tej dziedziny, m a  w agę pierw szorzędną, je s t p raw dą, stw ie rdzoną 
bezapelacyjnie przez życie.
W iem y, że niecierpliw ość, gniew , s tra c h  w yw o łu ją  zabu rzen ia  w działa lności 
system u nerw ow ego — uczucia  zaw iści, zazdrości, n iechęci pow odują  zm iany  
w składzie k rw i, n as tęp stw em  czego są  c ie rp ien ia  w ątroby , śledziony i serca. 
Spokój i rów now aga w zm acn ia ją  zdrow ie, uczucia  sym pa tji, w spółczucia ro z ja ś­
n ia ją  n am  horyzon ty  duszy, radośc i i m iłości, owe najpo tężn ie jsze  dźw ignie 
w u stro ju  św iata, m ogą n as tro ić  życie n a  jeden  n iep rzerw any , h a rm o n ijn y  ako rd  
szczęścia i w ew nętrznego zadow olenia. Życie, ten  na jw span ia lszy  d a r  Boży, za­
m ieniam y przez n ieśw iadom ość w  p iek ło  ud ręczeń  — zam ia s t p ław ić  się radośn ie  
w jego tęczowym b lasku  uciech i rozkoszy. Bóg rozsia ł n a  św ia ty  swe cuda 
\ i m iraże h o jn ą  dłonią. Ludzkość oślep ła  w  pogoni za złudą, k rw aw i się w  znoj-
nym  w ysiłku , gub iąc i zaprzepaszcza jąc n a  jej drodze zadatk i p raw dy  i poznania . 
S tąd  coraz w iększy ból i zw ątp ien ie  sz a rp ią  duszę ludzką, spychając ją  w odm ęty 
rozpaczy i coraz w ięcej c ie rp ień  fizycznych n ęka  spa lone ciało.
P ierw szym  k rok iem  n a  drodze do uzd row ien ia  chorego organizm u — je s t 
zw rócenie s tru m ien ia  m yśli od św ia ta  zew nętrznego do św ia ta  w ew nętrznych za­
gadn ień ; chcem y zb ierać p lony, n ie  rzuciw szy  z ia rn a  w  skibę d u ch a  i siejbę n aszą  
roznoszą w ichry . Nie izo lu jąc się od św ia ta , pośw ięćm y codziennie chwilę czasu 
n a  zejście do św ią tyn i praw dy. R ozm yślan ia  n a  ten  tem a t najw iększych  zagad­
n ień  by tu  sk ie ru ją  m yśl n a szą  k u  szczytom  i w zniosą w życie p ie rw iastek  równo­
w agi i pokoju . Z estaw ien ie codziennych tro sk  i m izernych  p rag n ień  z ogromem 
zam ierzeń  i celów  św ia ta  w yw rze zbaw ienny  w pływ  n a  n aszą  duszę.
P am ię ta jm y , że u lega jąc  uczuciom  gniew u, zazdrości i t. p. k ładziem y sam i 
podw aliny  pod gm ach  przysz łych  zboczeń fizycznych. Na w ystępu jące  w naszem  
ciele dolegliw ości — sk ła d a ją  się la ta  w ystępków  w sto sunku  do przeżyw anych 
uczuć. To źródło tru ją ce  trzeba  przedew szystk iem  zniszczyć w sobie, jeśli p rag ­
n iem y  w ejść n a  drogę uzd row ien ia  się. Jeśli się n ie  zdobędziem y n a  opanow anie 
uczuć i p rzew arto ściow an ie  ich, w szelkie w ysiłk i w  k ie ru n k u  popraw y zdrow ia 
dadzą  re z u lta t połow iczny i chw ilowy.
M uszę też zaznaczyć doniosłość p rzes trzeg an ia  fizycznych zdrow otnych w a­
runków , k tó rem i są: 1. Zachow anie czystości c ia ła ; 2. w łaściw e odżyw ianie się;
3. p rac a  fizyczna i um ysłow a. — Człowiek oddycha n ie ty lko  p łucam i, lecz 
i w szystk iem i po ram i ciała . Jeśli odetn iem y dopływ  pow ietrza  do płuc, n as tąp i 
zaduszen ie  się po up ływ ie  k ilk u n a s tu  m inu t, — jeśli zam kniem y pory  ciała, 
w yw ołam y konw u lsje  i spow odujem y śm ierć po k ilk u  godzinach. Należy przeto  
u trzym yw ać c iąg łą czystość c ia ła  i rozw artość  porów , przez kąp iele , obm yw ania 
i łaźnie. — W skazanem i są  codzienne kąp ie le  pow ietrzne, bądź n a  o tw artem  
pow ietrzu , bądź w p rzew ietrzonym  pokoju. Również zalecane być m ogą kąpiele  
słoneczne, lecz k ró tk ie , n ie  o słab ia jące  o rganizm u. R acjonalne odżyw ianie o rga­
n izm u  polega n a  spożyw aniu  pokarm ów , zaw iera jących  sk ładn ik i niezbędne d la  
odśw ieżan ia  k rw i i budow y tkanek .
Nie wolno n am  n a  chw ilę zapom nieć o w ielk iej p raw dzie, że człowiek czer­
pie pożyw ienie n ie  z tego, co zje — ty lko  z tego, co jego o rgana  p rze traw ią . O gra­
niczyć należy  spożyw anie m ięsa , n a to m ia s t n ie  pogardzać su row iznam i, w k tó ­
ry ch  tk w ią  w n a tu ra ln em  chem icznem  połączeniu , słoneczne odżywcze energje. 
W yb ierać  pokarm y  proste , n ie  obciążać żo łądka ilościowo, szczególniej n a  noc, 
żuć dok ładn ie  i p rzystępow ać do procesu  jedzen ia  w  zupełnym  spoko ju  ducha. 
Całodzienne w strzym an ie  się od jedzenia, raz  n a  k ilk a  tygodni, znakom icie od­
św ieża organizm . O bserw ując życie zw ierząt, n a  łon ie przyrody, w idzim y, że one 
w  okresie  zim ow ym  przechodzą m nie jsze lub  w iększe głodówki, w zależności od 
n a tężen ia  m rozu  i ilości śn ieżnych  opadów. — Je s t to n ie jako  zrów now ażeniem  
okresów  obfitych  w  żywność, k iedy  zw ierzęta  n a ja d a ją  się do syta.
Człowiek w ytw orzy ł przez cyw ilizację inne  w a ru n k i życia; w dobrych w a ru n ­
kach  m a te r ja ln y ch  n ie zn a  on przym usow ych  postów , w in ien  w ięc tem bardziej 
dbać o um ia rkow an ie  w jedzen iu  i p iciu . Człowiek p racu jący  um ysłowo, n iech 
pośw ięci p rzyna jm n ie j pół godziny dziennie jak iem uś sportow i n a  świeżem 
pow ietrzu ; p rac a  bow iem  fizyczna w a ru n k u je  p raw id łow y  obieg k rw i i dobrą 
p rzem ianę m a te rji. Ludziom , oddanym  p racy  fizycznej, za leca się lekką  p racę 
um ysłow ą w form ie lek tu ry , s łu ch an ia  odczytów, uczęszczania n a  k u rsy  w ieczo­
row e i t. p. Podaję  te  zasadnicze w a ru n k i p ie lęgnow ania  zdrow ia w- ogólnych
a&f
zarysach . Szczegóły znaleźć ła tw o  w licznych pod ręczn ikach  g im nastyk i, h ig jeny  
i t. p. N adm ien ię ty lko  jeszcze, że k a rd y n a ln y m  w arunk iem  zdrow ia je s t u m ia r ­
kow anie, s tosow ane ta k  w  życiu fizycznem , ja k  p racy  um ysłow ej. Ono może 
ty lko w ytw orzyć p iękny  typ  człow ieka w szech tsronn ie rozw iniętego.
Chcę w spom nieć o pew nych, dostępnych  d la  w szystk ich  sposobach sam o- 
leczenia się. P rzechodząc do te j spraw y, należy  zaznaczyć, że przy  dzisiejszym  
s tan ie  rozw oju  tej dziedziny w iedzy i w łasności duchow ych człow ieka, n ie  m o­
żemy opanow yw ać w szystk ich  stanów  chorobow ych i odrzucać pom ocy le k a r ­
skiej. W  w ielu  jednak  w ypadkach  m ożem y cierp ien ie u sunąć , częściej jeszcze 
złagodzić jego napięcie. W ielk iem  źródłem  leczniczem  są  nasze w łasne flu idy  
m agnetyczne. Każdy ludzk i o rgan izm  je s t n iem i w pew nym  stopn iu  nasycony. 
M ożna ilość m agnetyzm u  w  organ izm ie dopełn iać przez przy jm ow anie  go z po­
w ie trza  zapom ocą oddechów, lub  przez na ładow yw an ie  się w prost ze słonecznych 
prom ieni. ‘W yładow yw anie m agnetyzm u  z siebie w celach leczniczych zw iększa 
jego napięcie i po tęgu je siłę oddzia ływ an ia  kojącego... K toby się chcia ł bliżej za ­
poznać z pow yższą m etodą leczenia ,tem u polecam  p race  B ran d e l-P rach ta  
i D ra D urw illa.
M agnetyzm  je s t szczególnie pom ocny p rzy  leczeniu zabu rzeń  sy stem u  n e r­
wowego. Mnie osobiście udaw ało  się n ie jednok ro tn ie  w  ciągu  m in u ty  u suw ać 
u kogoś bolesne new ralg je  tw arzy , raz  n aw e t uleczyć w  k ilk anaśc ie  posiedzeń 
chroniczną, trw a ją cą  od dłuższego czasu  n ew ralg ję  całej głowy. Bardzo p rzyk re  
zapalen ie nerwów , k tó re  m i pozostało w  spuściźn ie po p rzeby łem  daw no częścio- 
wem zakażen iu  k rw i, w ystępu jące  co pew ien czas w  form ie ostrego szarpanego  
bólu n a  pow ierzchni skó ry  — u suw am  obecnie sam om agnetyzow aniem  w  ciągu  
m niej w ięcej pół godziny. P rzed tem  n a  usun ięcie  tego bólu w ew nętrznem i ś rod ­
kam i, zużyw ałem  do 2 dni czasu. W ogóle stosow ać m ożna m agnetyczne leczenie 
przy w szelkich  cierp ien iach . Poza ogólnem i zasadam i powyższego leczenia, po le­
ga jącem i na  w łaściw em  stosow an iu  flu idów  doda tn ich  i u jem nych , sam a  te ch ­
n ika leczenia je s t różnie za lecana przez licznych au to rów  dzieł o leczeniu  m agne- 
tycznem.
Nie m ożna za tem  abso lu tn ie  ^polegać n a  jak ie jś  jednej m etodzie, a  stosować 
techniczne podejście in d y w id u a ln y . Poza m agnetyzow an iem  m ie jsca  chorego 
zapomocą passów , stosować możtm ok łady  lub  kom presy  z m agnetyzow anej 
wody, flaneli, w aty , pić nam agne tyzow aną  wodę. D rugim  czynn ik iem  samolecz 
niczym jest n asza  s iln a  wola. N ależy zawsze zdecydow anie chcieć, aby c ie rp ie­
nie ustąp iło , n ie  dopuszczając w ątp liw ości w  skuteczność tego w ysiłku  woli. 
Trzeba skupić sw ą ja źń  w  jeden  po tężny  rozkaz pod ad resem  ogn iska cierp ien ia. 
W każdym  żywym  organizm ie ,w chw ili w y tw orzen ia  się w  n im  m iejsca zap a l­
nego, śpieszą pom ocnicze siły  od innych  organów , w szczynając m om en ta ln ie  
pracę re s tau racy jn ą . N asza s iln a  w ola dodaje bodźca tym  czynnikom  i po tęguje 
ich życiotwórczą aktyw ność. R ezu lta t powyższych zabiegów  stoi w ścisłym  
związku z po tenc ją  rozw in ię tej woli człow ieka.
Dobrą m etodą sam oleczenia się a w łaściw ie odśw ieżania i odm ładzan ia  całego 
organizm u — je st m etoda koncen trow an ia  się n a  po jedynczych częściach c ia ła  
(system P atandża li — ćw iczenie „ D h a r a n  a"). W  tym  celu należy  ułożyć się 
wygodnie w odosobnionem  m iejscu , w w a ru n k ach  możliwej ciszy, i pogrążyć się 
w stan  zupełnego spokoju, n ie  m ąconego jak iem iko lw iek  m yślam i, jednem  sło­
wem osiągnąć s tan  „nicości“, n ie is tn ien ia , z lan ia  się całkow itego z p rzyrodą. Po 
k ilku  lub k ilk u n as tu  m in u tach  tak iego  w ypoczynku skup ia  się ca łą  sw ą uw agę
2&5
na pew nej części ciała , nie w idząc i nie czując jednocześnie pozostałych części, 
jak  gdyby one n ie is tn ia ły  zupełnie . W yb rany  chw ilowo organ  tra k tu je  się jako  
całkow ite swe „ ja “, skup ione w n im  w yłącznie jako  jedyne siedlisko naszej 
duszy.
P rzy  um ie ję tn em  opanow an iu  powyższego ćw iczenia w yczuwa się w obser­
w ow anym  organ ie  jakby  wzmożone życie, ob jaw ia jące  się w  przyśpieszonem
1 siln ie jszem  tę tn ie ; w m ięśn iach , kończynach, m an ife s tu ją  się jak ieś niew y­
czuw alne no rm aln ie  d rgn ien ia , jakby  od lekkiego p rąd u  elekrycznego, pulsow a­
nie zaznacza się w yraźn ie  w  każdym  punkcie  o rganu . Ćwiczenie to przenosi się 
n as tępn ie  n a  in n e  o rgana , aż się n iem i prze jdzie  przez całe ciało. Należy zaczy­
nać  od ręk i jednej, d rug ie j, głowy, p rzechodząc n a  k la tk ę  p iersiow ą, jam ę b rzu­
szną i nogi. Początkow o obejm ow ać całe o rgana , a  po pew nem  w y trenow an iu  się 
oddzieln ie ich  części, ja k  gard ło , nos, oczy, serce, nerk i, pojedyncze palce i t. p.
Pow yższem  skup ian iem  się n a  oddzielnych  o rganach  c ia ła  w yw ołujem y 
w n ich  wzmożone czynności obiegu k rw i i szybszą p rzem ianę  m aterji. Ćwicze­
nie powyższe u zupe łn ia  się w dalszym  rozw oju  przez zasilan ie  chorego organu  
w zm ożonym  dopływ em  p ran y  (system  P a tandża li, ćw iczenie „D h  y a n a “). Czyni 
się to w  n a s tęp u jący  sposób: leżąc w spokojnem  skup ien iu , w dycha się nosem  
pow ietrze wolno i głęboko (jednak  bez w ysiłku), za trzym u jąc  pełny  w dech przez
2 lub  3 sekundy  w  p łucach , z m yślą  o g rom adzen iu  się zapasu  p rany . W ydychając 
n ak azu je  się p ran ie  dojść do chorego o rganu  i p rzen iknąć  go całkow icie. Jest 
to dzia łan ie  n ie ty łko  sugestyw ne, p ra n a  bow iem  podlega energ ji fal m yślowych 
i daje  się n iem i dow olnie k ierow ać. Dochodząc do chorego o rganu  w ilościach 
w iększych podnosi jego osłab ioną działa lność i p rzyśp iesza proces norm alnego  
funkcjonow ania . P rzy  sto sow an iu  powyższego zabiegu, chory  czuje zupełn ie  
zdecydow anie ja k iś  ru ch  w okolicy chorego m iejsca, jakby  de lik a tne  poruszan ie  
się czegoś lub  jakby  dopływ u fali ciepłego pow ietrza. Zabieg powyższy może być 
stosow any  po k ilk a  razy  dziennie. P rzy  jednym  zabiegu w ystarcza  5 wdechów  
i wydechów. Nie należy  się zniechęcać, jeśli pop raw a zdrow ia nie p rze jaw ia  się 
szybko, zabieg bow iem  powyższy dzia ła  pew nie, lecz powoli.
W  k ró tk im  zarysie  podałem  tych  k ilk a  sp ^ o b ó w  sam oleczenia się, uw ażając  
je za w ypróbow ane i n ieszkodliw e n aw e t przym iiezupełnie dok ladnem  ich opano­
w aniu . Skuteczność ich  d z ia łan ia  leczniczegofK izależnioną je s t od um ieję tności 
skup ien ia  się i od s topn ia  opanow an ia  swego „ ja “ w  w yrazie, zdecydowanej 
m ia ry  i woli. W ogóle zdrow ie ludzkie, za w y ją tk iem  karm icznych , je s t w  zupeł­
ności zależne od życia zgodnego z m o ra lnem i i fizycznem i p raw am i przyrody. 
Nasze c ie rp ien ia  dzisiejsze są  sku tk iem  naszej n ieśw iadom ości w tej dziedzinie; 
n iechże one będą za razem  p rzestrogą  n a  przyszłość, by żyć w um iarkow an iu  
i m iłości.
S tefan  Kowalski.
ro f iiczny
Shamballa. Prof. N. R o e r i c h :
K ry tyka  obu pó łku l pisze bardzo dużo o now ym  darze d la  św ia ta  prof. R o e -  
r i c h a ,  o jego książce „ S h a m b a l l a “. D la podróżnika, a zw łaszcza oku ltysty , 
ty tu ł ten  mówi bardzo wiele. ( S h a m b a l l a  — w yspa św ię ta  w p u s ty n i Gobi, 
w Azji środkow ej, gdzie p rzebyw a „W ładca Ś w ia ta“.) P rzed  opow iedzeniem  w  p a ru  
zdaniach  o tej p rzedziw nej książce, chc ia łabym  zwrócić uw agę czyteln ików  na  
postać jej au to ra , ta k  m ało  zn an ą  w  Polsce. P rof. R o e r i c h  je s t bez w ą tp ien ia  
jedną z najc iekaw szych  osobistości naszej epoki: w yb itny  m a la rz  o w szechśw ia­
towej sław ie, czaru je pop rostu  g łębokim  ezoteryzm em  i n iesłychan ie  bogatą  g rą  
barw  swoich płócien; poeta, badacz i uczony, lite ra t, filozof i o k u lty s ta  koncen ­
tru je  w  swej dynam icznej osobowości szeroką rozpiętość za in te re sow ań  i dzia­
łalności. W yk ładn ik iem  jego w ielostronnych  p rac  je st o lbrzym i gm ach  R o e ­
r i c h  - kf u z e u  m  na  R iver side D rive w  Nowym  Yorku. Roerich  nazyw any  
jest często nowoczesnym  Leonardo  da Vinci.
„Sham ballę“ Roericha czyta się jednym  tchem , czy ta się ze czcią d la  tem a tu  
i syntetycznej potęgi au to ra .
Roerich je s t g łębokim  znaw cą relig ji, k u ltu ry  i ezo teryzm u W schodu — 
dlatego też rozdział pośw ięcony buddystom  Tybetu  p rzed staw ia  w artość  spe­
cjalną. N iezm iernie in te resu jące  są  p rzy taczane przez au to ra  rozm ow y z L am am i 
oraz ich słow a o b lisk ich  w ydarzen iach , oczekujących  Europę. W iele szczegółów 
ciekawych zaw iera  rozdział pośw ięcony „O pętan iu“. — W  „Zasłonach  śm ierc i“ 
znajdziem y syntezę na jrozm aitszych  w ierzeń  i teo ry j do tyczących zagadn ien ia  
śmierci, życia przyszłego, rozw oju  sił psychicznych  i  t. p. N ajp iękn ie jszym  w szak ­
że, z p u n k tu  w idzenia artystycznego  i m istycznego je st ten, k tó ry  nosi ty tu ł: 
„U r  u s V a t  i" . U rusw a ti — to gw iazda za ran n a , to m arzen ie  R o e r i c h a  
o stworzeniu „gwiezdnego osied la“ n a  s tokach  H im alayów , w ed ług  trad y c ji p r a ­
dawnej A ryaw arty . Mnóstwo ziół leczniczych i kw iatów , n iew ypow iedziana g lo rja  
gwiezdnego nieba, p rom ienie astro-chem iczne, rad joak tyw ność  oraz m agnetyczno- 
elektryczne p rądy  p łynące od H im alayów  sk ła d a ją  się n a  jedyne, rzeczyw iście 
warunki. ,
Poza ciekawem i szczegółam i folklorystycznem u, m yślą  ezo teryczną i bez­
osobowością praw dziw ego uczonego — ca łą  książkę p rzen ik a  p rom ien iow anie  
Piękna, tego piękna, k tó re  się s ta ło  p raw dziw ą re lig ją  w ielkiego m alarza .
T om ira  Zori.
297
Die Welt der Wahr träume. Dr .  G e o r g  L o m e  r. W ydawca: M a x  
A l t m a n n ,  Leipzig. Cena 2 Rm.
Dla w iększości uczonych sen  je st do dzisia j jeszcze zabaw ką spoczywającego 
mózgu, b ań k ą  m yd laną , b łędnym  ognikiem , za k tó rym  m ogą gonić najw yżej 
s ta re  baby, a  k tó ry m  um ysł uczonego n ie pow in ien  się wogóle zajmować. P rze­
sądy  zawsze by ły  siln iejsze od w łaściw ych sądów , a  k to  odważy się wobec tych 
uczonych „w iększości“' w ystąp ić  z głębszem  u jęciem  kw estji i w artości sennych 
przeżyć, n a ra ża  się jeszcze dziś n a  n iebezpieczeństw o, że zostanie napiętnow any 
jako  fan ta s ta  i m arzycie l. „U krzyżujcie go, bo ru sza , m ąci on i podważa naszą 
b ierność duchow ą!“
Tem i słow y zaczyna au to r  sw ą p racę  o sym bolice snu. Podaje w 5 p ierw ­
szych rozdz ia łach  różne w ypadk i snów  i to z dziedziny codziennego życia, poli­
tyk i i w ypadków  w ielk iej wojny, osobno tra k tu je  senne przeczucia choroby 
i śm ierci. W  rozdziale 6-tym  m ów i o ja snow idzen iu  n a  jaw ie, zaś w osta tn im  roz­
dziale s ta ra  się u jąć  k ry tyczn ie  i w y jaśn ić  genezę przeczuć i w idzeń sennych.
Rozróżnia au to r  k ilk a  rozdziałów  snów. I ta k  z pod rozw ażań  sw ych wyłącza 
t. zw. sny  fizjologiczne i sny  rep rodukcy jne . P ierw sze są  w yn ik iem  czynności 
fizjologicznych o rgan izm u (jak  położenie c iała  p rzy  span iu , ucisk , w rażenia 
z zew nątrz , n iedom agan ia  o rgan izm u  i t. d.), d rug ie  zaś są  oddźw iękiem  funkcyj 
psychicznych, jak ie  m ia ły  m iejsce w um yśle  za dn ia  n a  jaw ie. Z ajm uje  au to ra  
głów nie trzec ia  g ru p a  snów, k tó re  to sny  są  oddźw iękiem  przeżyć ducha na in ­
nych  p lan ach  is tn ien ia . Cały szereg  ciekaw ych  opisów  tak ich  snów  daje in te re­
su ją cy  m a te r ja ł do w yciągnięcia  w niosków  co do sym bolik i snu  ogólnej i indy­
w idualnej.
O stateczne konk luz je  au to ra  co do przeczuć sennych  są  n as tępu jące :
1. Is tn ie je  we śn ie teo re tyczna m ożliwość spostrzec jak iś  s ta n  lub  jak ąś  akcję 
odbytą w  p rzestrzen i, k tó re j n as ilen ie  w zras ta  w  tym  s to sunku  do w ażności akcji 
d la  śniącego.
2. Sen te lepatyczny , jako  p rzesłan ie  fali m yślow ej z m ózgu do mózgu jest 
ty lko  specyficznym  w ypadk iem  jasnow idzen ia  w p rzestrzen i.
3. Możliwość spostrzeżen ia  we śnie akc ji oddalonej w czasie je s t teoretycznie 
rów nież n ieogran iczona; w zras ta  ona w m ia rę  zb liżan ia się zdarzen ia  i w sto ­
su n k u  w ażności tego zdarzen ia  d la  śniącego.
4. Senne jasnow idzen ie w  czasie i p rzestrzen i w ystępu je  tern ła tw iej, im  
w iększą je st zm iana , ja k ą  dane  zdarzen ie m a w życiu śniącego wywołać. Choroba 
i śm ierć są  za tem  głów nem i tem a tam i tak ich  snów.
5. Im  bardz ie j dane zdarzen ie w kracza  w  ogół ludzi, tern więcej ludzi spo­
strzega  je jasnow idzen iem  we śn ie i tern w cześniej n a s tęp u ją  pierw sze wizje 
senne.
Na uzasadn ien ie  tych  tez zebrał au to r, ja k  już podałem , bardzo obszerny 
m a te r ja ł dowodowy ze swego w łasnego  życia i z ko ła sw ych znajom ych. Dla in ­
te re su jących  się sym boliką  snu  i wogóle snem  jako  s tan em  pom ostow ym  między 
życiem  m a te r ja ln em  a życiem  duchow em , k siążka  ta  może być ciekaw ym  prze­
w odnik iem  do w łasnych  stud jów  w tej dziedzinie. (K. Ch.)
„Niebo Gwiaździste", aktualne czasopismo poświęcone kulturze astrolo­
gicznej. Red.: Fr. Prengel, Bydgoszcz, ul. Magdzińskiego 1.
Objętość p ism a 4 s tr . P re n u m e ra ta  roczna w ynosi 2,80 zł, półroczna 1,50 zł. 
W  m yśl zapow iedzi w p ierw szym  num erze, k tó ry  się u k aza ł w m aju , b iu le tyn  ten 
Pol. T ow arzystw a Astrologicznego w  Bydgoszczy, wychodzić będzie w odstępach 
m iesięcznych. D otąd w yszły 2 num ery .
W  zeszy tach  tych  zn a jdu jem y  m. in. n as tępu jące  a r ty k u ły : „Przeznaczenie 
i w różby“ — W. L u tosław sk i; „Znaczenie Sym boli P la n e t“ — Fr. P rengel; „T ra ­
giczne gw iazdy horoskopu  osta tn iego  cesarza  A u s tr ji“ i „W akacje letnie w m yśl 
ry tm u  s łońca“.
„ N i e b o  G w i a ź d z i s t e “ (aczkolw iek może za szczupłe ' narazie) zapełni 
bo lesną lukę, ja k ą  odczuw ali w szyscy zw olennicy  astro log ji, odnośnie do po l­
skiej p rzedziw nej igno ranc ji w ydaw niczej w tym  w łaśn ie  k ie runku . Z ag ran ica  
posiada bow iem  liczne i bardzo obszerne czasopism a i m iesięczniki astrologiczne, 
jedynie ty lko O jczyzna K opern ika  naw iedzona zos ta ła  n iezrozum iałą ospałością 
i b rak iem  szerszego za in te re sow an ia  d la  tej p raw dziw ej „królowej n a u k “, jak ą  
je st i zawsze by ła w iedza o gw iazdach.
W ydaw ca i red ak to r: J. K. H adyna , K raków , ul. G rodzka 58 m. 5.
O gło szen ia .
Nowy cennik
Wydawnictw Spółdzielni Wydawniczej „Adyar“ w Warszawie.
(Ceny z n a c z n i e  zniżone.)
A l c y o n e :  U stóp M i s t r z a  0.50 zł
Dr. A r  u n d  a l e :  Droga s ł u ż e n i a  0.25 „
A. D e s a n t :  Potęga m y ś l i ....................................................... 2.—
— W tajemniczenie ........ .........................................2.— „
C h a t t e r j i :  Filozofja ezoteryczna I n d y j .............................1.— „
I. C o o p e r :  R e in k a rn a c ja ....................................................... 2.— „
A. B l e c h :  Tym, którzy c ie rp ię ,.......................................... 1.— „
J i n a r a j a d a s a :  W Imię J e g o  0.25 „
— Czego nauczać b ę d z ie m y ?  0.25 „
L e a d b e a t e r :  Człowiek we w szechśw iacie ............................ 1.— „
V. d. L e e o w :  Bogowie na w y g n a n iu ................................... 1.— „
E. W o o d :  K o n cen tra c ja ....................................................... 1.— „
Przegląd Teozoficzny, cały komplet — 18 numerów . . . .  2.— „
„ „ pojedynczy n u m e r  0.20 „
Myśl Teozoficzna, komplet — 4 n u m e ry ............................................... 2.— „
„ „ pojedynczy n u m e r  0.75 „
Do nabycia także w Administracji „Lotosu“ — Kraków, ul. Grodzka 58.
NADESŁANE KSIĄŻKI, BROSZURY I PISMA.
. . .  und die Toten leben doch! Die Geschichte einer se ltsam en  F ra u  von O l a f  
P e t r i .  — V erlag der F reude  W olfenbütte l.
VERLAG MAX ALTMAN, LEIPZIG :
1. Das Horoskop a ls  S chlüssel zum  Erfolg, von G e o W i l d e ,  au to ris ie r te  
Ü bersetzung  von F r. Feerhow .
2. Die N eugedanken leh re  — von E. S y c h o v a ,
3. Der M ensch als A ntenne fü r  P endelreak tionen , von L. S e i l .
4. Z ahlenm agie, von H ulisch.
R o s e n k r e u z e r z e i t s c h r i f t ,  Nr. 6/35, Seeheim  a. d. B.
T h e o s o p h i e ,  Nr. 3/35. D eutsches O rgan der Theosoph. Ges., Theosophisches
V erlaghaus, Leipzig.
T h e  R o s i c r u c i a n  D i g e s t  (m iesięcznik), S an  Jose California.
M o n d e  S u p e r i e u r  t m iesięczn ik i: 3 L andsdow ne Rd. H olland  P ark ,
D ie  G r ö ß e r e  W e l t  (  London W. 11.
S p i r i t i s t i c k a  R a v u e ,  red. Ja n  K ucha r a  Jan  Rosner, R advanice, Mor. 
Ostrava.
T h e  O c c u l t  D i g e s t ,  1900 N. C larkstree t, Chicago, 111. U. S. A.
L. V i o l e t .  H o d k r i n .  Nabożeństwo M ilczenia — Droga Podziwu.
C o r  d e r  C a t c h p o o l .  Przyjaciele Prawdy (Kwakrowie). W arszaw a, S tow arzy­
szenie P rzy jació ł (Quakers).
R u f u s  M.  J o n e s .  Wiara Kwakrów.
Prof. Dr. I. O e h n i n g e r  (M onachjum ). O konieczności radykalnej walk i z „nan- 
kowemi“ torturami zwierząt t. zw. w iw isekcją.
Dr. med. W. K n a p p e  (W arszaw a). Spór o t. zw. „wiwisekcją“.
La Lingwo de la  bestoj. — Prelego  fa r ita  de F lorence B a r k e r  R . A., dum  ku r- 
sido de „Amikoi a  la  B esto j“.
J a n i n a  M a s z e w s k a - K n a p p e  (W arszaw a). Czy wolno nam  zjadać zw ie­
rzęta.
K a t a l o g  w y d a w n i c t w
z z a k r e s u  w i e d z y  e z o t e r y c z n e j
zł
W IEDZA DUCHOWA, Tom  I. (w p ięknej opraw ie p łóciennej) . . . .  10.—
PIĘKNO W EW N ĘTRZN E — M. M a e te r l in c k ............................................ 2.50
KU ŚW IATŁU! Pokłosie  m yśli z n iw y  życia i ducha  — Zofja H a rth in g  . . 4.—
NARODZINY ŚW IATA — K. C h o d k ie w ic z ....................................................1.20
W IEDZA DUCHOWA A WYCHOW ANIE — K. Chodkiew icz . . . 0.30
OD SFINKSA DO CHRYSTUSA — czyli Ew olucja  Boskości — E. S chu rś 9.—
SIŁY MISTYCZNE I SPRAW OW ANIE ŻYCIOWE — P. Sed ir . . . .  2.50
RELIGJA  RYSZARDA W AGNERA — T om ira  Z o r i .............................. 0.70
UKRYTA POTĘGA MUZYKI (M edycyna a  m uzyka) — T om ira Zori zł 1.—
W IEDZA TAJEM NA CZY W IEDZA DUCHOWA — K. Chodkiew icz . . . 0.40
K RYPTESTEZJA , czyli o różnych  fo rm ach  nadnorm alnego  poznan ia —
St. K o w a l s k i ..................................................................................................... Ł—-
MAGNETYZM LECZNICZY — K. C h o d k iew ic z ................................................ ........ 0.60
ANATOMIA CIAŁ NIEW IDZIALNYCH CZŁOWIEKA — K. Chodkiewicz 0.80
KILKU PRZYJACIÓŁ BOGA — P. S e d i r .................................................   2.50
W TAJEM NICZENIA  (powieść) — P. S e d i r ....................................................3.—
THEOPHRASTUS PARACELSUS — W . M i r s k i ......................................1.50
MEDJUMIZM A BIBLJA  — Leon D e n is ....................................................................... 0.80
LISTY Z ZAŚW IATA — W. T. S t e a d ........................................................... 1.25
ASTROLOGIA MEDYCZNA — F r. P r e n g e l ....................................................1.50
12 TYPÓW LUDZKICH W  ASTROLOGII — Fr. P r e n g e l ........................1.50
DLA SŁONECZNEGO JUTRA — J. D ą m b s k a ............................................. 0.50
U ŹRÓDEŁ SZCZĘŚCIA I ODRODZENIA SIEBIE  (M antram y) — A. W ilusz 1.—
CZYŻBY POW RÓT? — A. D łu g o p o ls k i ........................................................... 0.80
JARSKA KUCHNIA W ITAMINOW A — Dr. B re y e ro w e j ........................4 . -
KALENDARZ ASTROLOGICZNY n a  rok  1935 ......................................................... 2.80
TW IERDZA DUCHA (powieść) St. H a u s n e ro w a .......................................2.50
D la  ab o n en tó w  n a szy c h  w y s ta ra liśm y  s ię  o  zn iżk ę  cen  n a ra z ie  n a  n a s tę ­
p u ją c e  k s ią żk i:
W . J .  K r y ż a n o w s k i e j  (p o w ieśc i o k u lty s ty czn e ) :
GNIEW  BOŻY (2 t o m y ) ..........................................1.60 zł za tom , zam iast 5.— zł
PRAWODAW CY (2 tomy) „ ,, 5.— „
ŚMIERĆ PLANETY (2 t o m y )    ,, 5.— „
MAGOWIE ...............................................................1.60
D r. m  e d. S t .  B r e y  e r a :
Z POGRANICZA ZAŚW IATÓW 
ZAGADKA CZŁOWIEKA . .
RELIGJA  ABSOLUTNA . .
K oszta p rzesy łk i ponosi zam aw iający .
W ydaw ca i odpow iedzialny red ak to r: Ja n  H adyna, K raków . 
D ru k a rn ia  P aw ła  M itręgi w Cieszynie.
1.90 zł zam iast 4 zł 
1.80 „ „ 4 „
1.60 ,, „ 4 ,,